niedziela, 15 września 2019

Wawelskie wzgórze


Dzisiaj patrząc na nie z pewnej odległości i spoglądając z niego w dół trudno sobie wyobrazić jak wyglądało tysiąc lat temu, gdy pod koniec X wieku po raz pierwszy zobaczyli je polańscy wojowie Mieszka I. Pewnie byli zaskoczeni, bo w państwie Polan wszystkie ośrodki osadnictwa powstawały na nizinach, a dotarcia do nich chroniły bagna lub jeziora. Tutaj przyszło im zdobywać twierdzę na wysokim i stromym wzgórzu. Teraz to wzgórze nie jest ani strome ani wysokie, tysiąc lat prowadzono na nim różne  budowy i odbudowy, a ponieważ ciągle brakowało miejsca na kolejne  budowle Powierzchnia wierzchołka wzgórza była notorycznie powiększana poprzez niwelowanie całego wzniesienia. Odbywało się to oczywiście kosztem wysokości, również spiętrzenie Wisły i podniesienie jej poziomu o kilka metrów sprawiło, że dzisiaj Wawel już się tak nad nią nie wywyższa.





Na ilustracji z XVI wieku wzgórze wawelskie jest znacznie wyższe i wygląda zupełnie inaczej niż dzisiaj.




Pierwszym władcą polskim, który ustanowił na Wawelu swoją główną siedzibę był Kazimierz Odnowiciel. Ze wczesnośredniowiecznych kronik wynika, że, w XI wieku w Europie nie było czegoś takiego jak stolice państw, były miasta w których cyklicznie rezydował władca. Kazimierz Odnowiciel jednak nie miał dużego wyboru, bo miasta, w których rezydowali jego poprzednicy – czyli Giecz, Gniezno i Poznań - były doszczętnie zniszczone, a Płock zajmował Mojsław – samodzielny władca Mazowsza. Stałą siedzibą został więc Kraków i Wawel, chociaż po panowaniu Kazimierza i jego syna Bolesława Śmiałego stałą siedzibą władcy został Płock. Dopiero  ostatni Piastowie Władysław Łokietek i jego syn Kazimierz Wielki intensywnie Wawel rozbudowywali. Oczywiście dzisiaj nie ma tam już wielu śladów Piastów ani Jagiellonów, chociaż zachowały się ich grobowce. Pożary ,odbudowy o przebudowy sprawiły, że to co dzisiaj oglądamy pochodzi z czasów późniejszych.















sobota, 15 czerwca 2019

Twierdza Koźle


Charakterystyczny XVIII wieczny Fort Fryderyka, nazywany Basztą Montalamberta w Koźlu był jedną z wielu redut ogromnej  pruskiej twierdzy, obejmującej całe miasto, umacnianej i rozbudowywanej przez ponad 100 lat od momentu zdobycia Kożla wraz z całym Śląskiem, aż od połowy XIX wieku demontowanej i rozbieranej Trzeba ją było rozebrać, żeby umożliwić rozwój terytorialny miasta, tym bardziej, że była już przestarzała i nie mogła już odegrać żadnej roli w zmaganiach militarnych. Zwiększający się zasięg artylerii wyznaczał nowe parametry współczesnego pola bitwy.






Twierdza Kolźle nieźle spełniła swoje funkcje podczas drugiej i trzeciej wojny śląskiej, była jeszcze dość nowoczesna na początku XIX wieku, żeby chronić miasto przed wojskami Bonapartego. W drugiej połowie XIX wieku jednak, podobnie jak inne tego rodzaju twierdze przestała być funkcjonalna i straciła znaczenie militarne. Postęp w metalurgii pociągnął za sobą rozwój artylerii, lufy armat zaczęto gwintować, co zwiększyło ich zasięg i zaczęły wchodzić do uzbrojenia armaty ładowane od tyłu, co pozwalało stosować pociski innego niż do tej pory typu. Na polu walki pod koniec  XIX wieku nie trzeba już było widzieć przeciwnika, żeby go rozbić, ostrzał naprowadzany był przez daleko wysuniętych obserwatorów.

niedziela, 26 maja 2019

Wanda Sobiecka - wspomnienie


Nikt z nas nie jest w stanie odpłacić za miłość ,matki , mamy, mamusi, nie starcza po prostu czasu. Nie od początku też zdajemy sobie sprawę z ogromu matczynej miłości, a ona kocha nas bezwarunkowo od pierwszego dnia naszego życia. Zdarza się, że ranimy ją złym słowem, nie mamy dla niej czasu lub cierpliwości, nie ułatwimy jej tego kochania, Ona jednak zawsze życzy nam tylko dobrego, zawsze ma dla nas czas, dobre słowo i otwarte serce. Taka też była moja mama i teraz gdy jej zabrakło pozostaje mi tylko żałować, że przegapiłem, wiele okazji, w których mogłem okazać jej miłość i wdzięczność.


Mama nigdy nie opowiadała nam dokładnie o swoim dzieciństwie ale chyba nie było ono łatwe, przyszła na świat podczas okupacji hitlerowskiej w podbydgoskiej wsi Lucim. Jej ojciec Zygmunt przed jej narodzeniem zginął pracując przymusowo przy budowie DAG Fabrik Bromberg. Jedynym żywym mężczyzną w rodzinie pozostał dziadek Józef, który pomógł im przetrwać okupację. Prawdopodobnie musieli przyjąć jakąś formę niemieckiego obywatelstwa, bo przecież Bydgoszcz wraz z całym regionem została włączona do Niemiec i żaden zadeklarowany Polak nie dostałby kartek żywnościowych.   Po zakończeniu wojny cała rodzina mamy przeniosła się z Lucimia do Bydgoszczy, więc mama nie mogła nawet pamiętać wsi. Wychowywała się w Bydgoszczy, uczyła się w szkole handlowej i poznała tatę będąc wioślarką, w którymś z bydgoskich klubów. Urodziła mnie mając 18 lat i jak przez mgłę pamiętam, że mieszkaliśmy wtedy raz u jednej babci raz u drugiej. 

 

Obydwa mieszkania mieściły się w starych bydgoskich kamienicach ale głównym problemem był fakt, że obydwa mieszkania miały po dwa przechodnie pokoje i mama miała do wyboru albo mieszkać ze swoją matką i siostrą, albo ze swoją teściową i szwagrem. Dodatkowo mieszkanie teściowej na ulicy Dworcowej nie było samodzielne, miało wspólny z inną rodziną przedpokój i łazienkę. Ta łazienka to był istny cud, który musiał moją mamę zachwycić, bo chyba nigdy wcześniej łazienki nie widziała, wielka kamienna wanna i bojler na węgiel.  Oczywiście wtedy nie rozumiałem jeszcze trudności i niuansów tych wyborów. Mama była najmłodszą pracownicą sklepu sportowego „Olimpia”, a tato próbował znaleźć jakąś satysfakcjonującą pracę fizyczną, co wcale nie było łatwe dla 19-sto letniego chłopaka. Był początek lat 60-siątych i słabe perspektywy na dobrą pracę dla młodych ludzi, a żadnych perspektyw na mieszkanie w Bydgoszczy. Dopiero zaczęto budowę pierwszych budynków na Błoniu, a bloki na Szwederowie, Wyżynach, w Fordonie jeszcze się nikomu nawet nie śniły.

 

Pierwszy pokój, który nasza rodzina miała do wyłącznej dyspozycji znajdował się na terenie jednostki wojskowej w Świeciu nad Wisłą. Utkwił mi w głowie sam moment przeprowadzki, bo była to moja pierwsza podróż w życiu. Tato był bardzo młodym podoficerem, a mimo to w jakiś sposób udało mu się załatwić z wojska traktor lub miejsce w traktorze, bo nie pamiętam czy traktor jechał specjalnie dla nas czy też załapaliśmy się przy okazji transportu czegoś innego. Nie pamiętam już czy mama z nami wtedy jechała, ja jechałem w kabinie traktora z kierowcą, a cały nasz dobytek na przyczepie. Tego dobytku nie było zresztą wiele, bo nasze pierwsze meble w Świeciu tata roił własnoręcznie. Niestety do naszej wyłącznej dyspozycji był tylko pokój, bo kuchnia i cała reszta były już wspólne z inną rodziną co rodziło wiele konfliktów. Dochodziło nawet do kłótni pomiędzy kobietami, zwłaszcza jeśli chodziło o sprzątanie po sobie w kuchni i o ustalenie kto ma rozpalić ogień „pod platą”. Mama chciała żebyśmy zawsze mieli ciepłe posiłki, herbatę itd., nie chciała jednak ciągle sprzątać kuchni po kimś obcym, stąd brały się kłótnie, złość i ciągły stres. Byłem wtedy w takim wieku, że nie byłem w stanie pojąć tych problemów   tylko dodawałem mamie kolejne zmartwienia szwendając się całymi dniami po rozległym terenie jednostki gdzie nie było sposobu, żeby mnie znaleźć.

Po jakimś czasie dostaliśmy mieszkanie poza jednostką na ulicy Krasickiego 4, na parterze dwupiętrowego budynku bez rewelacji, ale był już postęp, bo oprócz pokoju mieliśmy też tylko dla siebie kuchnię. Nie pamiętam jednak dobrze tego mieszkania, więc chyba nie mieszkaliśmy w nim długo. Doskonale natomiast pamiętam nasze następne mieszkanie w tym samym budynku na pierwszym piętrze. Miało już dwa pokoje, a w kuchni oprócz westfalki była też „lodówka”, która w istocie była dobrze wentylowaną szafą wbudowaną w narożnik pomieszczenia przy ścianie zewnętrznej budynku. W tym mieszkaniu pojawiły się pierwsze prawdziwe meble i pierwszy telewizor. Gdy zajmowaliśmy to mieszkanie przyszedł na świat mój braciszek. Miałem też w tym mieszkaniu swoje pierwsze obowiązki, ponieważ wracałem ze szkoły wcześniej niż mama z pracy, do mnie należało palenie w piecach w zimie i rozpalanie w westfalce  w kuchni niezależnie od pory roku, żeby mama po przyjściu z pracy, po drodze robiła zakupy, mogła podgrzać lub upichcić obiad. Do mnie także należało robienie porannych zakupów w piekarni i mleczarni, do której chodziłem początkowo z kanką, bo czasy butelkowanego mleka miały dopiero nadejść. 


Odkąd sięgam pamięcią mama pracowała w tak zwanym ORS-ie, który zajmował się obsługą ratalnej sprzedaży i w latach 60-siątych XX wieku był jedną z najbardziej znanych w PRL-u instytucji finansowych, bo wszyscy kupowali wtedy na raty meble, AGD, nawet odzież. Mała jednoosobowa placówka mieściła się na ul. 10 lutego, a w lokalu nie było WC, za to ciągle było pełno klientów. Mama musiała pewnie sikać do wiadra za zasłonką, nie wiem dokładnie jak sobie radziła, bo nie lubiła o tym mówić. Potem ORS został wchłonięty rzez PKO i mama musiała się dokształcać, więc nie przerywając ani pracy ani obowiązków rodzinnych, czyli gotowania, sprzątania, prania i prasowania podjęła naukę i ukończyła liceum w Świeciu. Wysiłek wręcz niewyobrażalny i jestem dumny, że miałem taką mamę, chociaż w tamtych czasach nie zdawałem sobie z tego wszystkiego sprawy, widziałem tylko, że jest zabiegana i nerwowa.

Dopiero trzecie nasze mieszkanie poza jednostką wojskową w Świeciu, a także każde następne było wyposażone w centralne ogrzewanie i gaz. Mama w wieku trzydziestu kilku lat uwolniła się wreszcie od pieców. U mamy w pracy też było coraz lepiej, pięła się po drabinie kariery, miała koleżanki i podwładne. Gdyby podzielić mieszkańców miasteczka na 3 warstwy, według różnych kryteriów takich jak warunki mieszkaniowe, pozycja w pracy, zarobki, wykształcenie … sądzę, że w 1980 roku mama znalazłaby się w połowie, albo nawet w górnej części drugiej warstwy. Przy czym pierwsza warstwa - najliczniejsza - składała się z osób najmniej ważnych, a w trzeciej znajdowali się tacy ludzie jak dyrekcja Celulozy, banku, cukrowni dowództwo wojskowe i naczelnicy wydziałów WRN, głownie mężczyźni, bo tylko nieliczne kobiety pracowały w tamtych czasach na stanowiskach innych niż sklepowe. Wtedy właśnie tata został przeniesiony do Bydgoszczy i w tym mieście dostaliśmy kolejne mieszkanie na rozbudowującym się właśnie Szwederowie. Mama, dla której był to powrót po 16 latach do Bydgoszczy już zupełnie nieznanej, wszystko znów zaczynała od początku, wyrabiając sobie pozycję w PKO, ale dała radę. Najpierw pracowała w blaszaku na Leśnym, do którego dojazd autobusami nie był z Brzozowej za dobry, ale gdy mama odchodziła z PKO pracowała już na Placu Teatralnym i była cenioną specjalistką od kredytów budowlanych.



Ostatnie 20 lat mieszkała poza miastem, na skraju Puszczy Bydgoskiej, zawsze bardzo lubiła zwierzęta, miała kilka psów. Hodowała drób i nawet pawie. Znajdowała też czas, żeby czytać książki, niejednego faceta zagięłaby z wiedzy o historii starożytności i nie tylko. Miała poczucie humoru i lubiła eksperymentować z nowymi potrawami. Zawsze kochała nas wszystkich, przepadła za wnukami. Miała przy tym niezwykle sprawny umysł, chyba nie spotkam już osoby, któraby potrafiła równie szybko jak ona rozwiązywać krzyżówki i to nie byle jakie.  Mama rozwiązywała głównie „jolki”, a jeżeli ich zabrakło to ewentualnie „z przymrużeniem oka”.