sobota, 7 stycznia 2017
piątek, 18 listopada 2016
Co wiesz o bitwie pod Falaiase?
Polacy
mają spore zaległości w wiedzy nie tylko o kampanii wrześniowej, Ale także o
historii walk polskich żołnierzy na froncie zachodnim. Wszyscy wprawdzie
słyszeliśmy o bitwie pod Monte Cassino, która nie była niczym innym, jak
krwawym chrztem bojowym - próbą - dla wojsk gen. Andersa, porównywalnym do
bitwy pod Lenino. Jednak dzieje wielu innych bitew toczonych przez polskie
formacje bojowe, pozostają dla wielu z nas nieznane.
Dzięki
serialowi „Czterej Pancerni i pies” bardzo wyrywkowo poznaliśmy kampanię wojsk
radzieckich i Ludowego Wojska Polskiego
wyzwalających ziemie polskie i dość jednostronnie. To „wyzwalanie” nie zawsze
wyglądało tak jak opisywał je pan Przymanowski, autor „Czterech Pancernych i
psa”. Często też autor powieści wyolbrzymiał sukcesy „naszych” wojsk. W opisywanej w tej książce w bitwie pod
Studziankami brała udział polska formacja pancerna, na ile dobrowolnie i na ile
samodzielnie – można by dyskutować, ale Polacy ginęli tam na pewno
bezdyskusyjnie. Bitwa pod Studziankami (obecnie Studzianki Pancerne) nie była
wielką bitwą. Można ją nazwać epizodem rozdmuchanym przez radziecką propagandę.
Niewielu
Polaków wie – no, bo niby skąd? - że dokładnie
w tym samym czasie, również w połowie sierpnia 1944 roku setki kilometrów na
zachód od Studzianek, pod Falaise miała miejsce prawdziwie wielka bitwa
pancerna. Nie jest to jakoś nigdzie
nagłaśniane ani upamiętniane ale udział w niej wzięła samodzielna polska
Dywizja Pancerna gen. Maczka, która odegrała w tej bitwie znaczącą rolę.
Zamknęła ona pierścień oblężenia wokół dwóch niemieckich armii. W wyniku tej
bitwy dziewięć niemieckich dywizji zostało rozbitych, a 40 tysięcy żołnierzy dostało się do niewoli. Polska dywizja
straciła 80 czołgów, zginęło 500 żołnierzy, a ponad 1000 zostało rannych.
sobota, 22 października 2016
Kościół pokoju
W
pierwszej połowie XVII wieku przetoczyła się przez Europę wyniszczająca wojna
trzydziestoletnia, która toczyła się pod hasłami religijnymi. W zasadzie miała
inne podłoże niż religijne ale do mordowania w imię religii łatwiej było ludzi
namówić. Był to stary, wielokrotnie już sprawdzony sposób. No i mordowali się
ludziska bardzo skutecznie, mordowali się totalnie, protestanci – katolików,
katolicy - protestantów, sąsiedzi – sąsiadów. Głównie ginęła ludność cywilna, wyludniały
się całe wsie i miasteczka, szalały pożary i zarazy.
Gdy
połowa ludności na terenach objętych działaniami „wojennymi” uległa już
zagładzie, ci którzy rozpętali tę wojnę chyba się trochę opamiętali. Może nawet
trochę się przestraszyli skutkami tego co wywołali. Zaczęli czynić pokój na
ziemi i dzielić Europę na katolicką i protestancką. Część Śląska, gdzie żyło
wielu ewangelików przypadła w udziale katolickiemu Habsburgowi, cesarzowi Ferdynandowi
III, który natychmiast odebrał ewangelikom wszystkie kościoły, ponieważ
wcześniej były one katolickie.
Nie
chcąc jednak wywoływać nowej wojny katolików z ewangelikami, którzy nie mieli
gdzie się modlić uległ namowom władców państw ewangelickich i zezwolił
ewangelikom na budowę trzech kościołów nazwanych później kościołami pokoju. Nie
do końca jednak cesarz kochał ewangelików, dlatego do pozwolenia dołączył kilka
warunków:
·
kościół
musiał być lokowany poza murami miasta, oddalony od nich na odległość strzału
armatniego,
·
nie
mógł mieć dzwonnicy,
·
nie
mógł posiadać szkoły parafialnej,
·
nie
mógł mieć bryły przypominającej kościół,
·
musiał
być zbudowany z materiałów nietrwałych (drewna, słomy, piasku, gliny),
·
okres
budowy nie mógł przekroczyć 1 roku.
Kościoły jednak powstały w Głogowie Jaworze i Świdnicy, dwa z
nich stoją do dzisiaj, a ten w Świdnicy jest wpisany na światową listę
dziedzictwa kultury Unesco.
Rozmiary kościoła, mogło się w nim naraz pomieścić ponad 7
tysięcy wiernych - wynikają z priorytetów jego budowniczych – mogli zbudować
tylko 3 kościoły dla wszystkich ewangelików w tym regionie. Dzwonnicę
dobudowano dopiero po 50 latach.
Kościół cały czas należy do parafii ewangelicko – augsburskiej,
a w 1998 roku odwiedzili go wspólnie kanclerz Helmut Kohl i premier Tadeusz
Mazowiecki, którzy spotkali się w ramach polsko niemieckiego pojednania.
poniedziałek, 10 października 2016
Assaye, początki Żelaznego Księcia
Tak
samo jak największą mniejszością narodową w Irlandii są Anglicy, największą
mniejszością narodową w Anglii są Hindusi. W przypadku Irlandii nie wydaje się
to niczym nadzwyczajnym, wszak Anglia jest bardzo blisko, jednak w przypadku
Anglii i Indii, kraje te są od siebie dość odległe. Duża liczba hinduskich
imigrantów wynika z długotrwałego (kilkusetletniego) związku między Anglią i
Indiami. Dosadnie mówiąc związek ten polegał na brutalnym podbijaniu,
ujarzmianiu i okupowaniu Indii przez Anglików, chociaż w oficjalnych
komunikatach i publikacjach jest to określane bardziej oględnie.
To
właśnie podczas tego podbijania Hindusów zdobywał sławę Artur Wellesley,
późniejszy książę Wellington – pogromca cesarza Napoleona Bonaparte. Na
początku XIX wieku Indie nie były jeszcze jednolitym krajem ale raczej
federacją mniejszych królestw, a ludność miała raczej ograniczoną świadomość
przynależności narodowej. Jedne królestwa sprzymierzały się z Anglikami sądząc,
że umożliwi im to dalsze funkcjonowanie i rozwój, a inne zdawały sobie sprawę,
że takie sprzymierzenie oznacza dominację Kompani Wschodnioindyjskiej i angielską okupację.
W
1803 roku Artur Wellesley wyruszył z niewielką armią, żeby spacyfikować takie
właśnie królestwa, które nie zamierzały poddać się dobrowolnie Anglikom. Kilka
sprzymierzonych ze sobą królestw zaczęło się zbroić i tworzyć wielką armię, jej
dowodzenie oraz wyszkolenie powierzyli europejskim oficerom. Przeważnie byli to
dezerterzy z królewskiej armii angielskiej lub z wojsk Kompani Wschodnioindyjskiej,
którzy przeszli na stronę Marathów – sprzymierzonych przeciw Anglikom królestw.
skuszeni wysokim wynagrodzeniem i możliwością awansu.
Zbuntowane
przeciw brytyjskiej ekspansji Marthhy gromadziły więc ogromną armię, na którą
składały się oddziały Sipajów dowodzone przez najemników, artyleria (ponad 100
armat) i oddziały Arabów. Przeważającą część tej armii (około 80 tysięcy) stanowili jeźdźcy, których morale
było raczej słabe, nie nadawali się do szarży na uzbrojonych żołnierzy, ale
byli zdolni do ścigania, zabijania i grabieży. Była to więc typowa armia
najemna, po części skuszona zapłatą, a po części łupami.
Między
gromadzącą się armią Marathów, a wojskiem brytyjskim (brytyjskim z nazwy, bo
składało się w większości z Hindusów) pod dowództwem Artura Welesleya
znajdowało się mocno ufortyfikowane miasto Ahmednagar. Obrońcy liczyli na to,
że jego zdobywanie potrwa kilka tygodni, najgorsi pesymiści spodziewali się, że
potrwa to trzy dni – dwa na zrobienie wyłomu w murach i jeden na szturm, ale
nikt nie przypuszczał że zdobycie miasta potrwa 20 minut.
Mimo
dużej ilości armat i strzelców na murach Welesley rozkazał swoim żołnierzom
szturmować je za pomocą drabin, gdy tylko jego armia podeszła pod miasto. Nie
było żadnego oblężenia ani ostrzeliwania, przystawiono 4 (cztery) drabiny, po
których szkoccy żołnierze wdarli się za mury, zdobyli bramę i wpuścili armię do
miasta. Decyzja o szturmie po drabinach była ryzykowna, ale powodzenie szturmu
złamało ducha i podkopało morale nie tylko w obrońcach, lecz także w całej
gromadzącej się hinduskiej armii. Welesley przekonał się , że szybka decyzja
jest lepsza niż mądra i przemyślana, bo
taka mogłaby być spóźniona.
Później
zastosował taką samą taktykę pod Assaye, gdzie zgromadziła się cała armia zbuntowanych
Marathów. Zaatakował ją z marszu pomimo, że była prawie 10 razy liczniejsza od jego
wojska i wyposażona w dużo większą liczbę armat. Nie czekał na przybycie swoich
odwodów, które były w pobliżu i mogły podwoić jego siły. Uderzył z tymi żołnierzami,
których miał przy sobie nie zostawiając Marathom czasu ani inicjatywy. Zaryzykował
natychmiastowy atak, sam uczestniczył w szarży i zabito pod
nim dwa konie.
Hinduscy
wodzowie ufając ogromnej przewadze
liczebnej nie spodziewali się bitwy pod Assaye przegrać. Mieli ustawione w
linii wojska i armaty i brakowało im elastyczności, żeby odpowiednio zareagować
na wściekły atak Brytyjczyków w jedno konkretne miejsce. Niewątpliwie pomogły też wieści o szybkim zdobyciu Ahmednagar, które wzbudzały w Hindusach respekt. Morale ich żołnierzy
było już tak słabe, że zdecydowana szarża niewielkich wojsk Welesleya wywołała
ich popłoch, porzucenie wszystkich armat i ucieczkę.
wtorek, 9 sierpnia 2016
Zapomniany szpieg
Warto
jednak o nim przypominać, bo jego krótki życiorys jest oszałamiający i wzbudza
ogromny szacunek. Jako 16 letni chłopiec w 1824 roku Jan Prosper
Witkiewicz przebył straszną drogę na
zesłanie. Szedł pieszo z Moskwy do twierdzy granicznej cara Mikołaja I w Orsku
na skraju stepów kazachskich. Ponad tysiąc kilometrów wędrówki trwało kilka
miesięcy, cały czas w kajdanach i skuty z innymi zesłańcami. Ta wędrówka z
kajdanami na nogach i rękach sama w sobie była dotkliwą karą dla ucznia
gimnazjum za napisanie kilku patriotycznych wierszy i Witkiewicz przeżył ją
jakoś chyba tylko dlatego, że odbyła się latem, a nie zimą. Po dotarciu do celu
- Orska, jednak wcale nie zrobiło się fajniej.
Witkiewicz
był stryjem sławnego Witkacego, którego nie miał szans poznać ani nawet się o
nim dowiedzieć. Poza tym pochodził z rodziny szlacheckiej, jego ojciec był
marszałkiem sejmiku powiatowego, no i pisał wiersze, był więc młodzieńcem
wrażliwym i szczerym polskim patriotą. Bardzo bolesne musiało być dla niego
skazanie na dożywotnią służbę bez możliwości awansu w wojsku znienawidzonego
caratu. Świat musiał mu się wydać piekłem, gdy po dotarciu do Orska zdjęto mu
kajdany i poddano okrutnemu i upokarzającemu szkoleniu rekruckiemu, tym
bardziej że dręczyli go i pouczali prości i ograniczeni sołdaci, którzy byli
wciągnięci do wojska siłą i uważali się za skrzywdzonych. W zesłańcach
przedstawianych oficjalnie jako wichrzycieli upatrywali oni pośredniej
przyczyny swojego przymusowego poboru.
Po
okresie rekruckim Witkiewicz odbywał służbę ochrony granicy imperium i
ekspedycji oraz karawan. Na południe od Orska nie było żadnych osad tylko stepy
i pustynie, po których przemieszczały się ludy koczownicze. Dla młodego
Witkiewicza wyjazdy na pustynię były tajemnicze i ekscytujące, stanowiły odskocznię
od znienawidzonej carskiej służby i garnizonowego drylu. Bardzo te wypady na
pustynię polubił, zwłaszcza gdy stwierdził, że w twierdzy nie może swobodnie
rozmawiać nawet z rodakami innymi zesłańcami, bo wielu z nich przeszło na
prawosławie i odżegnywało się od Polski. Całą swoją sympatię przelał więc na
wolne ludy koczowników, uczył się ich obyczajów i języków, zdobył sobie również
ich szacunek, nadali mu imię Batyr. Gdy w Polsce wybuchło Powstanie Listopadowe
Witkiewicz miał 22 lata,. a potrafił się już porozumiewać z Kirgizami,
Kazachami, Afgańczykami, Arabami i Persami. Jego znajomi twierdzili, że łącznie
z europejskimi znał 19 różnych języków.
Nadzwyczajne umiejętności Witkiewicza postanowiły
wykorzystać carskie służby wywiadowcze w rywalizacji z Brytyjczykami o wpływy na Bliskim Wschodzie. Awansowali go i
uwikłali w rozgrywki dyplomatyczne w Iranie i Afganistanie. Witkiewicz znalazł
się w trudnej sytuacji, pełnej dylematów moralnych. Z jednej strony nienawidził
caratu, a także nie chciał zawieść ludzi z pustyni, których carski wywiad
zamierzał w swoich gierkach wykorzystać, a z drugiej jako carski oficer musiał
się wykazywać sukcesami. Wysyłano go na samodzielne misje, między innymi do
Buchary i Kabulu i być może zaczął także współpracę z wywiadem brytyjskim. W
tamtym czasie wielu patriotów polskich, którzy musieli żyć na emigracji
uważało, że wciągnięcie Rosji w wojnę z Anglią dobrze przysłuży się Polsce,
może Witkiewicz również chciał doprowadzić do konfliktu między tymi
mocarstwami.
Przyczyna
jego śmierci do dzisiaj budzi kontrowersje. Absolutnie nie do przyjęcia jest
wersja o samobójstwie podana przez oficjalną carską propagandę. Dlaczego
Witkiewicz miałby jechać aż tysiąc kilometrów do Petersburga, żeby wkrótce po
przyjeździe się zastrzelić? Tym bardziej, że miał wtedy 31 lat i nie można
powiedzieć, żeby miał słaby charakter, bo przecież przeżył morderczą drogę na
miejsce zesłania oraz ogłupiające i upokarzające szkolenie w carskim wojsku.
Równie mało wiarygodna jest wersja, że zgładzili go Anglicy. No bo niby
dlaczego nie zrobili tego wcześniej, tysiąc kilometrów od Petersburga?
Specjalnie czekali aż dojedzie do centrum imperium, które jak żadne inne
miejsce było nasączone carskimi szpiclami? Prawdopodobna jest tylko opcja, że
zgładziły go same carskie służby. Uznały, że jego wiedza o ich dotychczasowej
działalności oraz jego umiejętności są dla nich zbyt niebezpieczne. Zwłaszcza,
że Witkiewicz nigdy się do końca nie zrusyfikował, nie akceptował faktu że w
carskiej armii Mikołaja I nie do pomyślenia było, żeby oficer o niższym stopniu
nie był służalczy wobec oficera wyższego stopniem.
niedziela, 3 lipca 2016
Jak to było z tym angielskim?
Język
angielski rozprzestrzenił się po całym świecie za sprawą morskich podbojów i
długotrwałego panowania Brytyjczyków na morzach i oceanach. Dla setek milionów
ludzi poza Anglią (niektórzy twierdzą, że jest ich więcej niż 1 miliard)
angielski jest językiem urzędowym lub drugim językiem ojczystym. Wiadomo, że
rozprzestrzenił się drogą morską, skąd jednak się wziął i dlaczego właśnie on
spośród języków wielu innych ludów przewalających się przez Wyspy zdominował
mowę Anglików? Być może stało się tak za sprawą króla Alfreda nazywanego w
Anglii Wielkim, który władał w IX wieku niewielką częścią tego kraju.
W odróżnieniu
od bardzo znanego na całym świecie legendarnego króla Artura, król Alfred jest
postacią mniej znaną ale jak najbardziej autentyczną. Zanim jednak pojawił się
anglosaski król Alfred, który język angielski upowszechnił czas wcale nie stał
w miejscu. Gdy na wyspach brytyjskich pojawili się Rzymianie były one
zamieszkiwane przez liczne mniej i bardziej dzikie plemiona celtyckie.
Wszystkich mieszkańców tych wysp Rzymianie dla uproszczenia nazwali Brytami. Po
nazwaniu tych ludów wszystkie je podbili i większą część wyspy – Wielkiej
Brytanii – wzięli w rzymskie władanie.
Wielu
Brytów podczas 400 lat panowania Rzymian przejęło od nich sposób życia oraz chrześcijaństwo. To właśnie Rzymianie
zaczęli zwozić na wyspę wojownicze germańskie plemiona Anglów i Sasów, którzy stworzyli
pierwowzór dzisiejszego języka angielskiego. Osiedlali ich na wschodnim wybrzeżu, żeby chronili wyspę przed najeźdźcami, przynajmniej takie było ich założenie. Po odejściu Rzymian nadal
przybywali oni na wyspę i zintegrowani już Anglosasi wyparli Brytów na zachodni
kraniec Wielkiej Brytanii zajmując mniej więcej te terytoria, którymi władali
wcześniej Rzymianie – cała wyspa z wyjątkiem północy (dzisiejsza Szkocja) i
wschodu (dzisiejsza Walia). Języki celtyckie, którymi posługiwali się Brytowie
przepadły i zostały zapomniane, może jakieś resztki przetrwały w języku
walijskim.
Anglosasi
nie byli chyba do końca skonsolidowani i raczej skłóceni, bo na zajmowanym
terytorium urządzili aż cztery odrębne
królestwa rządzone przez czterech królów, a w każdym z tych królestw używano
innej odmiany języka staroangielskiego. Początkowo wierzyli w swoich
germańskich bogów, później jednak dało o sobie znać chrześcijaństwo. Początkowo
wyparte zostało wraz z Brytami do
Walii, później jednak przedostało się na sąsiednią wyspę Irlandię. W V wieku
Święty Patryk ochrzcił prawie całą tą wyspę, a w następnych wiekach irlandzcy
mnisi schrystianizowali wszystkie cztery anglosaskie królestwa.
Chrześcijaństwo
odegrało dużą rolę w kształtowaniu języka angielskiego. Po czterech wiekach panowania
Anglosasów, w połowie IX wieku wyspę zaczęli zalewać Wikingowie, przeważnie
Duńczycy i Norwegowie, którzy w krótkim czasie podbili trzy z anglosaskich
królestw. Król ostatniego, czwartego królestwa – był to właśnie Alfred – nie
tylko nie dał się podbić, ale zaczął odzyskiwać i jednoczyć całe terytorium
wyspy, posługując się właśnie religią i językiem angielskim. Potomkowie Alfreda
dokończyli jego dzieła jednocząc Anglię i wchłaniając Skandynawów. Język
angielski został wzbogacony o wrażenia duńskie ale stał się powszechny i
jednolity na całej wyspie i mógł się oprzeć kolejnym najeźdźcom.
Wilhelm
Zdobywca i kolejni normandzcy władcy Anglii nie posługiwali się językiem
angielskim. Na przykład król Ryszard Lwie Serce, który był w Anglii kilka razy
nigdy nie nauczył się anielskiego, co zresztą wypominają mu historycy. Siłą
rzeczy jednak dziesięciolecia panowania Normanów sprawiły, że do języka
angielskiego przeniknęło wiele słów ze starofrancuskiego. Gdyby jednak w
historii Anglii zabrakło króla Alfreda, być może dzisiaj mieszkańcy wysp i nie
tylko oni mówiliby może jakąś mieszanką duńskiego i francuskiego.
niedziela, 19 czerwca 2016
Pieśń łuku
Zazwyczaj wyrażenie „pieśń łuku” kojarzone jest w literaturze z bitwą pod
Azincourt, bo było to najbardziej spektakularne zwycięstwo angielskich
łuczników nad zakutymi w zbroje hufcami francuskimi. Była to właściwie bardzo
krwawa rzeź spowodowana nie tylko skutecznością długich angielskich łuków ale
również pychą, zarozumialstwem i zadufaniem Francuzów, którzy zaufali grubym
zbrojom i przewadze liczebnej. „Pieśń łuku” zaczęła się jednak znacznie wcześniej, trwała już gdy rozpoczęły się konflikty angielsko – francuskie, w
które zastała wciągnięta prawie cała Europa i które później nazwano wojną
stuletnią.
„Pieśń łuku”
rozwijała się w Anglii podczas gdy w Polsce panowało jeszcze rozbicie
dzielnicowe. Już 100 lat przed bitwą pod Grunwaldem na wyspach brytyjskich o
wyniku bitew decydowali łucznicy. Strzała wystrzelona z długiego angielskiego
łuku była niebezpieczna dla wrogów oddalonych o 300 metrów, na
odległość 100 metrów trafiała precyzyjnie nawet w mały cel – jeżeli łucznik był
dobry – a z odległości 50 metrów przebijała prawie każdą zbroję. Wprawiony
łucznik potrafił wysłać do 10 takich strzał w ciągu 1 minuty, a niektórzy
z nich mieli tak wyćwiczone mięśnie pleców i rąk, że byli w stanie nawet
kilkaset razy w czasie jednej bitwy napiąć ten długi angielski łuk i posłać
wrogowi kilkaset strzał, jeżeli oczywiście tych strzał płynnie im dostarczano.
Nie wszyscy łucznicy mieli tak wytrenowane
mięśnie, żeby wysłać wrogiej armii kilkaset strzał w ciągu bitwy, jednak duże
oddziały łuczników były bardzo skuteczne w walce. Podobno angielski król Edward
III ruszając na podbój Francji zabrał ze sobą 7 tysięcy łuczników, którzy
zapewnili mu zwycięstwo w licznych bitwach i potyczkach - najsłynniejsze
to pod Grecy (1346) i pod Poitiers (1356). Skuteczność angielskich łuczników
przyniosła im sławę ale również nienawiść Francuzów, którzy pojmanym łucznikom
odrąbywali palce napinające cięciwę.
Skąd brali się łucznicy i to w takiej
ilości, że można było tworzyć z nich oddziały? „Pieśń łuku” zaczęła się na
przełomie XII i XIII wieku kiedy król Edward I nałożył na wszystkich Anglików
obowiązek stawiania się do służby wojskowej. Dla najuboższych i
najliczniejszych zarazem chłopów najtańszą bronią był łuk, a żeby ich
odpowiednio wyszkolić Edward I i jego następcy wyznaczali dni wolne od
pańszczyzny, w których musieli obowiązkowo ćwiczyć strzelanie z łuku od młodych
lat trenując, rozwijając mięśnie pleców i ramion. Dodatkowo motywowani byli
przez urządzane w miastach konkursy w strzelaniu do tarczy, w których można
było zdobyć nagrody pieniężne.
Dopiero bitwa pod Azincourt (1415) tak wpłynęła na Francuzów tak, że zaczęli wystrzegać się ostrzału łuczników. Pojęli, że dotychczasowa taktyka na polu walki zmieniła się i grube blachy niekoniecznie zapewniają bezpieczeństwo. W Anglii łuk jeszcze jakiś czas pozostał podstawową bronią strzelecką ale w Europie zaczęła dominować nad łukami i kuszami broń palna. Nie dlatego, żeby była od łuków bardziej donośna, szybkostrzelna lub celna, bo nie była. Jednak oddział strzelców można było stworzyć w kilka dni wykorzystując ludzi przypadkowych i udzielając krótkiego instruktażu. Nie trzeba lat treningu i wyrabiania mięśni. Poza tym był jeszcze efekt psychologiczny huk, no i człowiek trafiony strzałą robił jeszcze kilka kroków i mógł samą swoją masą zagrozić strzelcowi, a trafiony kulą z muszkietu na przykład - przewracał się na plecy.
poniedziałek, 6 czerwca 2016
Mit zniesienia niewolnictwa w USA
Stany Zjednoczone
Ameryki Północnej (USA) przed wojną secesyjną nie były supermocarstwem o
scentralizowanej władzy. Gdy na 16 prezydenta
wybrano Abrahama Linkolna USA były dość luźną federacją d o b r o w o l n i e zrzeszonych stanów, rządy i władze poszczególnych
stanów poszczególnych stanów były w pełni ukształtowane, a instytucji
federalnych albo wcale nie było albo były słabo rozwinięte. Na przykład
Federalny Departament Sprawiedliwości, który strzegł praw federalnych
korzystając początkowo z usług Agencji Pinkertona utworzono dopiero w 1870
roku, a więc 5 lat po śmierci Linkolna.
Część z tych
dobrowolnie zjednoczonych stanów – położonych na południu utrzymywało się
głównie z eksportu płodów rolnych – zwłaszcza bawełny. Już na długo przed tym
zanim Linkoln został prezydentem ponosiły one więcej strat niż zysku z tego
zjednoczenia. Liczebność reprezentantów w Kongresie USA, podobnie jak obecnie
uzależniona była od gęstości zaludnienia i zawsze gęsto zaludnione stany
północne uzyskiwały większość powalającą im demokratycznie przeforsować
korzystne dla siebie ustawy.
Stało się to w końcu przyczyną występowania
południowych stanów z Unii, później stany te zawiązały Konfederację. Nasza
polska wikipedia nie jest konsekwentna, twierdzi w niektórych artykułach, że do
występowania południowych stanów z Unii przyczynił się wybór Linkolna na
prezydenta podczas gdy z innych jej artykułów wynika, że Konfederacja była już
zawiązana zanim został on prezydentem. Wyolbrzymianie roli prezydenta w tym
konflikcie między Północą i Południem jest chyba trochę przesadzone i
nagłośnione dopiero w późniejszych latach.
W każdym razie
bezpośrednią i prawdziwą przyczyną secesji stanów południowych był konflikt
interesów, który uwidocznił się w polityce celnej Unii podporządkowanej interesom
północnych stanów. W interesie Północy był rozwój miejscowego przemysłu, więc
musieli ograniczyć napływ tanich i dobrej jakości wyrobów z Europy. W tym celu
systematycznie podnosili cła na towary z Europy, która nie pozostawała im
dłużna i zwiększyła cła na towary amerykańskie.
Dla stanów północnych
nie był to duży problem, ponieważ nie eksportowali prawie nic do Europy mając
na miejscu chłonny rynek. Zupełnie inaczej sprawa wyglądała w stanach
południowych, które bogaciły się na eksporcie do Europy swojej bawełny. Często
przedstawia się Konfederatów jako agresorów, jest to jednak wynik propagandy.
Oni chcieli tylko prowadzić własną politykę celną i po oderwaniu się od Unii
samodzielnie ustalać cła bez stawek zaporowych. Musieli w tym celu pozbyć się
ze swoich portów garnizonów wojsk unijnych co większości przypadków przebiegało
to pokojowo i spokojnie.
Północ jednak nie
mogła tego tak zostawić, pozwolenie na odłączenie się Południa oznaczałoby
podział kraju i powstanie groźnego konkurenta, nad którym nie mieliby żadnej
władzy. Postanowiła więc siłą przyłączyć zbuntowane stany i wywołała wojnę. To
właśnie o władzę i wpływy wybuchła i toczyła się ta wojna. Konfederaci nie
chcieli nigdy mieć wpływów na stany północne i ich politykę, walczyli o swoją
wolność i niezależność i przegrali z inwazją wojsk Unii.
Gdzie w tym wszystkim
sprawa zniesienia niewolnictwa? Unia traktowała niewolnictwo bardzo cynicznie,
było im wszystko jedno czy zostanie zniesione czy też nie. Używali go jako
narzędzia do walki z secesją. W lipcu 1861 w obawie, żeby nie odłączyły się od
niej kolejne stany ogłosiła, że nie walczy o zniesienie niewolnictwa tylko o
przywrócenie Unii. Później Linkoln ogłosił, że znosi niewolnictwo w stanach
skonfederowanych, pozostawiając je jednak w stanach, w których było legalne
pozostających w Unii.
Trudno więc
powiedzieć, że wojnę toczono o uwolnienie niewolników, chociaż teraz często to
się tak przedstawia, prezydent nie miał zresztą takich kompetencji, żaby znosić
niewolnictwo. Ostatecznie zrobiono to dopiero po zakończeniu wojny secesyjnej
wprowadzając poprawkę do konstytucji.
sobota, 21 maja 2016
Praga pełna historii
W Pradze jest tak dużo zabytków, że można by nimi obdzielić kilka miast i nie ma w tym nic dziwnego, bo powstała ona z kilku odrębnych i niezależnych ośrodków miejskich. Tak więc gdy biskupem Pragi był Wojciech Sławnikowic - późniejszy Święty Wojciech, była ona raczej niezbyt dużym miastem. Kiedy 300 lat po Wojciechu rządzący w Pradze ostatni Przemyślidzi zostali królami Polski na Wełtawie nie było jeszcze ani Mostu Karola ani żadnego innego mostu. Do przeprawy przez rzekę służył bród, bardzo wygodny ponieważ właśnie w Pradze pod powierzchnią rzeki znajduje się próg skalny, od którego być może miasto wzięło nazwę.
Przez znacznie więcej lat niż Polacy Czesi pozbawieni byli własnego
państwa, własnego języka, który uległ zapomnieniu, własnej historii i własnych,
czeskich bohaterów narodowych. Chętnie. Więc i z konieczności sięgają do czasów
średniowiecza, gdy byli jeszcze samodzielnym państwem po bohaterów i
ulubieńców. Jednym z nich jest Jan Żiżko człowiek wojny, bardzo waleczny wojownik i znakomity wódz. W
Polsce dzielnie walczył w bitwie pod Grunwaldem przeciw Krzyżakom, Niemcom,
Ślązakom i ... innym Czechom, którym zapłacili Krzyżacy. Podobno właśnie
podczas tej bitwy stracił oko. Później został naczelnym wodzem husytów.
Zwycięskim wodzem. Stoczył wiele bitew z krucjatami papieskimi i nigdy
żadnej nie przegrał. Jego autorytet był tak wielki, że po jego śmierci podczas
zarazy, husyci nazwali się sierotkami. Żeby uczcić pamięć Jana Żiżki, który nie
raz gromił Niemców i Francuzów wdzięczni mu Czesi postawili mu w Pradze
monumentalny pomnik i nazwali Żiżkowem jedną z dzielnic miasta.
Jan
Hus był duchownym i rektorem uniwersytetu w Pradze – uznawanym jest za twórcę
literackiego języka czeskiego. Zaczął wytykać pychę, obłudę i rozwiązłość
dostojników i księży kościoła katolickiego, a było to w czasach gdy KK miał aż
trzech papieży jednocześnie, którzy się nawzajem zwalczali. Hus został
podstępnie zwabiony na sobór, który odbywał się w Konstancji i spalony jako
heretyk. Wywołało to w Czechach trwającą wiele lat rewolucję. Gniew Husytów
skupiał się głównie na Niemcach, wielokrotnie najeżdżali i łupili Śląsk,
omijając jednak Wrocław, którego nie byli w staniem zdobyć. Z Polakami żyli
chyba w przyjaźni, a nawet wspierali ich w wojnach z Krzyżakami, w każdym razie
nic nie świadczy o tym, żeby najeżdżali na Małopolskę. Niemcy mścili się
później na Czechach przez 300 lat nie, wolno im było używać swojego języka, który
był zakazany i w końcu całkiem zanikł. Dopiero po I wojnie zaczęli go odtwarzać
dobierając słowa ze wszystkich języków słowiańskich. Mimo kilkuset lat germanizacji i dość brutalnej rekatolizacji poglądy Jana Husa do dziś przetrwały wśród
Czechów. Powstał odrębny kościół husycki, a Czesi do dziś bardzo niechętnie
patrzą na KK. Postawili Husowi pomnik w Pradze, a każda rocznica jego spalenia
jest czeskim świętem narodowym.
Oglądając
dzisiaj piękne zabytki Pragi trzeba jednak pamiętać, że większość z nich
zbudowali Niemcy i Austriacy w czasach, gdy wszystko co czeskie było zakazane.
Nie
ustrzegli się Prażanie terroru
komunistycznego, chociaż wyglądało to trochę inaczej niż w Polsce. W Czechach
nie było czegoś takiego jak Powstanie Warszawskie, nie wyginął więc kwiat najzdolniejszej
młodzieży i inteligencji. Rząd polski przebywając w Londynie czuł się całkowicie bezpiecznie, odciął się od
komunistów i wydał im wojnę. Była ona tragiczną dla Polaków przebywających w Polsce, którzy bezpieczni nie byli.
Czesi początkowo próbowali z komunistami współpracować i wspólnie z nimi
stworzyli rząd demokratyczno – komunistyczny, więc represje spadły na nich
później po interwencji wojsk Układu
Warszawskiego. Niezależnie od tych różnic podobnie jak w
Warszawie stoi Pałac Kultury tak 8 lat stał w centrum Pragi największy na
świecie pomnik Stalina. Do jego budowy jak twierdzi wikipedia, użyto 17 tysięcy
ton materiałów, czyli betonu, żelaza i granitu.
Humor Prażanom ciągle jednak dopisuje, jak się
zdaje, bardzo im imponuje wszelkiego rodzaju przekora, zwłaszcza zuchwała,
dlatego bardzo im się spodobał gest jaki zrobił Kozakiewicz podczas olimpiady w
Moskwie w 1980 roku. Zaimponowała im fantazja i odwaga, której trzeba było,
żeby wykonać taki gest w Moskwie w odpowiedzi na gwizdy tysięcy radzieckich
kibiców. Zainspirowało ich to do postawienia w Pradze rzeźby upamiętniającej
ten gest.
środa, 20 kwietnia 2016
Bitwa morska z Krzyżakami
Krzyżacy zajmując w 1308
roku Pomorze Gdańskie, zajęli Gdańsk właściwie za zgodą Polaków, bez walki.
Mieli w założeniu tylko pomóc odeprzeć atak Brandenburczyków i odejść. Zamiast
tego po wyparciu Brandenburczyków, być może pozorowanym, bo całkiem możliwe jest,
że już wcześniej zawarli z nimi tajne przymierze, urządzili w Gdańsku czystkę
etniczną mordując większość mieszkających tam Polaków. Jednocześnie ciągle bez
walki, jako sojusznicy zajęli Tczew i ani myśleli z tych miast ustąpić.
Widzieli o słabości Władysława Łokietka i słusznie przewidywali, że nie jest on w stanie skutecznie upomnieć się o Pomorze, bo Polska była jeszcze właściwie rozbita na księstwa i słaba. Nie wyczuwając oporu Krzyżacy w 1309 roku ruszyli dalej na południe ale było już jasne, że nie są sojusznikami, więc Świecie broniło się przed nimi 2 miesiące. Zdobycie Pomorza Gdańskiego przez Krzyżaków doprowadziło do tego, że ich państwo zaczęło graniczyć z Brandenburgią co zapewniło im łączność ze wszystkimi państwami niemieckimi, w których prowadzili nabór nowych braci. Było też powodem przeniesienia siedziby Wielkiego Mistrza z Wenecji do Malborka.
Widzieli o słabości Władysława Łokietka i słusznie przewidywali, że nie jest on w stanie skutecznie upomnieć się o Pomorze, bo Polska była jeszcze właściwie rozbita na księstwa i słaba. Nie wyczuwając oporu Krzyżacy w 1309 roku ruszyli dalej na południe ale było już jasne, że nie są sojusznikami, więc Świecie broniło się przed nimi 2 miesiące. Zdobycie Pomorza Gdańskiego przez Krzyżaków doprowadziło do tego, że ich państwo zaczęło graniczyć z Brandenburgią co zapewniło im łączność ze wszystkimi państwami niemieckimi, w których prowadzili nabór nowych braci. Było też powodem przeniesienia siedziby Wielkiego Mistrza z Wenecji do Malborka.
Taki
stan rzeczy utrzymywał się ponad 150 lat, werbowani przez zakon rycerze i nie
tylko rycerze ale również pospolite łotry – Krzyżacy byli jedynym zakonem,
który miał zezwolenie od papieża na przyjmowanie w swoje szeregi przestępców –
dostawali się bez przeszkód drogą lądową na ziemie Zakonu, którego siły
wspierali lub zasilali. Przeminęło przez ten czas kilka pokoleń i na teren
Pomorza Gdańskiego napłynęła ludność pochodzenia niemieckiego. Ludność
największych miast - Gdańska i Elbląga – stanowili prawie wyłącznie Niemcy.
Kupcy
z dużych miast całej Europy zrzeszyli się i stworzyli Hanzę, żeby kontrolować i
monopolizować handel do niej dołączyli kupcy z Gdańska i Elbląga. Do tego
potężnego międzynarodowego związku należało także Chełmno i Toruń. Podatki i
cła nakładane przez Krzyżaków musiały Hanzie bardzo przeszkadzać, bo dławiły
handel i utrudniały bogacenie się. Tak więc się stało, że silny Zakon widziany
był przez członków Hanzy jako zapora na
rzece złota. Nie wiadomo dlaczego historycy zajmujący się wojną, którą dzisiaj
nazywamy Trzynastoletnią pomijają w ogóle fakt istnienia Hanzy, która w
ówczesnej Europie była bardzo znaczącą siłą polityczną i często to właśnie ona
rządziła ówczesnymi władcami. Jej mieczem, tarczą i mową było złoto.
Być
może nie zachowały się dokumenty świadczące o interwencji Hanzy, która
zazwyczaj działała niejawnie przekazując złoto poprzez osoby trzecie.
Prawdopodobnie to właśnie ona zaaranżowała całą wojnę posługując się
Kazimierzem Jagiellończykiem w celu pognębienia Krzyżaków. Ktoś zainicjował
utworzenie i sfinansował działalność Związku Pruskiego, który funkcjonował mimo
sprzeciwu papieża i cesarza. Ktoś dał królowi polskiemu pieniądze na zaciąg
wojska, którego nie miał. Ktoś sfinansował flotę, która powstrzymała Duńczyków
płynących Krzyżakom na pomoc. Czy oprócz Hanzy był jeszcze ktoś tak potężny i
bogaty, żeby to zrobić?
Bitwa
morska, która ostatecznie przypieczętowała klęskę Krzyżaków również musiała być
sfinansowana przez Hanzę. Była to jedna z największych ówczesnych bitew na Bałtyku, brało w
niej udział co najmniej 70 okrętów i co najmniej 3 tysiące ludzi. Połączone
floty niemieckich mieszkańców Gdańska i Elbląga zniszczyły flotyllę desantową Krzyżaków, którzy
mieli wspomóc oblegany przez wojska polskie Gniew. Hanza nie chciała na to
pozwolić, ponieważ to właśnie obsadzony Krzyżakami Gniew najbardziej
przeszkadzał handlowi na Wiśle. Bitwa morska miała miejsce na Zalewie Wiślanym
w pobliżu ówczesnego głównego ujścia Wisły.
Wysłanie
floty desantowej z Królewca na Pomorze było w tej wojnie ostatnią krzyżacką
inicjatywą. Nie doczekawszy się pomocy Gniew się poddał, a pokonany Zakon podpisał II pokój toruński
oddając Polsce całe Pomorze Gdańskie. Prawdopodobnie właśnie o to chodziło
Hanzie – żeby ujście Wisły należało do Polski, uważali króla polskiego za
znacznie słabszego przeciwnika niż Zakon i bardziej podatnego na manipulacje.
Polska na tym skorzystała, bo Hanza wkrótce przestała istnieć, a Pomorze
Gdańskie zostało w Polsce 300 lat.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















