poniedziałek, 29 lutego 2016

Muzeum dwuznaczności w Szczecinie

Przy Placu Solidarności znajduje się wspaniała, nowiutka szczecińska filharmonia. Na płycie placu stoi pomnik poświęcony ofiarom grudnia 1970 roku w formie skrzydlatego anioła.







Natomiast pod powierzchnią placu zbudowano filię Muzeum Narodowego, którą nazwano Centrum Dialogu ”Przełomy”



.
W wikipedii dość lakonicznie napisano, że „Celem ekspozycji jest pokazanie przełomowych momentów historii pomorskiej, począwszy od włączenia Szczecina w granice państwa polskiego w wyniku porozumień poczdamskich w 1945, ze szczególnym uwzględnieniem momentów buntu społecznego (1970, 1981, 1989), które doprowadziły do odzyskania przez Polskę suwerenności w 1989. Muzeum Przełomów - jak popularnie zwana jest ta instytucja została otwarta dla publiczności na przełomie 2015 i 2016 r.”


Owszem jest tam  wiele zdjęć i filmów z okresu PRL-u i walki z komuną, epoki Gierka i Wałęsy, ale poza tam znajduje się tam również makieta stoczni szczecińskiej, która już dzisiaj nie istnieje i całe mnóstwo „gadżetów PRL-owskich” – przedmiotów codziennego użytku wyprodukowanych przez      p o l s k i e fabryki.





Podtekst tej ekspozycji jest więc trochę dziwny, nakłania Polaków, żeby się cieszyli i radowali z wywalczonej wreszcie po latach wolności. Dzięki ich walce zlikwidowano polskie stocznie, zniszczono całe polskie rybołówstwo i pozamykano wszystkie polskie fabryki. Polska nie produkuje już nawet własnego papieru. Dzieci tych, którzy wywalczyli tę wolność szukają pracy za granicą, pływają na obcych statkach, albo pracują w zagranicznych marketach. W tym kontekście nawet to zdanie, które jest mottem wystawy brzmi jakoś złowieszczo.


niedziela, 28 lutego 2016

Krzyż pokuty i pojednania

Zawsze sądziłem, że krzyże pokutne to raczej nie dzieła sztuki tylko proste i prymitywne wytwory przestępców, którzy  byli amatorami i z kunsztem rzeźbiarskim niewiele mieli wspólnego. Nie były to także żadne wielkie dzieła, ot takie do jednego metra. Całkiem bez refleksji i zastanawiania przyjmowałem do wiadomości wszystkie wyjaśnienia zawarte w różnych encyklopediach i innych opracowaniach. Krzyż stawiał morderca lub jego krewni w miejscu, w którym popełnił to przestępstwo, kropka.  Było tak do chwili gdy obejrzałem sobie dokładnie krzyż  w Stargardzie.


Jest nie tylko jednym z największych w Europie ale dodatkowo jego wykonanie musiało w XVI wieku całkiem sporo kosztować, no i od  razu widać, za wykonał go doskonały rzemieślnik, a nie jakiś amator.



Skłoniło mnie to do zweryfikowania dotychczasowych przekonań i zastanowienia się kto takie krzyże mógł stawiać. Nie stawiali chyba takich krzyży pospolici przestępcy, bo takich przecież zabijano krótko po schwytaniu. Raczej  nie mógł tego robić chłop lub inny biedak po zabiciu jakiegoś arystokraty lub bogacza, takiego chłopa najpewniej wieszano w miejscu przestępstwa. Wątpię też, by właściciel ziemski chciał upamiętniać miejsce, w którym zabił jakiegoś chłopa. O co więc chodzi z tymi krzyżami? To, że istnieją jest przecież faktem. Nie wiem czy słusznie się domyślam ale sądzę, że krzyże pokutne dotyczą tylko tych przypadków, gdy zabójcą i ofiarą byli równi sobie statusem społecznym, majętnością i rodem, majętnością raczej większą niż mniejszą. Taki krzyż był obok zwyczajowych odszkodowań jednym z elementów pokuty i pojednania zabójcy z rodziną ofiary. Prawdopodobnie głównym celem jego postawienia było uniknięcie zemsty rodowej.    

wtorek, 2 lutego 2016

Niedotykalni

Nie było wolno im chodzić środkiem ulicy, nie wolno im było chodzić boso, dotykać poręczy, uprawiać ziemi, pracować w większości zawodów. Jednym z nielicznych dostępnych dla nich zawodów było ciesielstwo i stolarstwo, produkowali beczki i trumny, zbudowali wiele drewnianych kościółków. Nie wolno im było wchodzić do kościołów głównym wejściem, kościoły, do których ich wpuszczano miały drugie mniejsze, boczne wejście przeznaczone tylko dla nich.

 


 

Do dzisiaj na terenach, na których żyli ci prześladowani ludzie – Cagoci – czyli w Pirenejach w Kraju Basków, w północno – zachodniej Francji i północno wschodniej Hiszpanii stoi jeszcze kilkadziesiąt kościołów i kościółków z osobnymi wejściami dla Cagotów, chociaż ich samych już właściwie nie ma. Te specjalne wejścia są o wiele niższe niż normalne, zbudowano je takie, żeby zmusić Cagotów do schylania się podczas wchodzenia, dodatkowo upokorzyć. Wejścia były też oznaczone symbolem mającym przedstawiać gęsią łapkę, taki symbol musiał nosić na odzieży każdy Cagot. 
 


Kapłan udzielał im komunii posługując się drewnianą łyżką na długim trzonku. W kościołach zachowały się również podwójne chrzcielnice, Cagotom nie wolno było dotykać chrzcielnic dla normalnych ludzi, żeby ich nie skalać, za wszelkie odstępstwa od zasad lub nie przestrzeganie zakazów surowo ich karano.
Cagoci musieli mieszkać w specjalnych gettach, często oddzielonych od reszty miejscowości rzeką, musieli też chować swoich zmarłych na osobnych cmentarzach.
Prześladowania Cagotów jako podludzi ciągnęły się prawdopodobnie od XII do końca XIX wieku, bo chociaż oficjalnie tą segregację zniesiono w końcówce XVIII wieku, mentalność tamtejszych mieszkańców niewiele się zmieniła.
Przez stulecia prześladowań przylgnęło do Cagotw wiele stereotypów, posądzano ich o upośledzenie umysłowe i deformacje fizyczne, o roznoszenie trądu itp.
Pochodzenie i historia Cagotów są mało znane, oni sami przez setki lat prześladowań chyba uwierzyli, że są kimś gorszym i nie zależało im na rozgłosie. Z kolei ci, którzy ich prześladowali i upokarzali, być może  zdawali sobie sprawę, że ich postępowanie nie jest tak do końca uzasadnione i też wstydzili się o tym mówić.
W każdym razie dzisiaj ciężko spotkać Cagota lub kogoś kto się do bycia Cagotem przyznaje  zapewne wielu ich wymarło, wielu zginęło w hitlerowskich obozach zagłady, a jakaś część rozproszyła się po świecie, bo przecież od połowy XIX wieku ludzie stali się bardziej mobilni i częściej niż poprzednio zaczęli podróżować w pogoni za pracą, szczęściem i lepszym jutrem.

W pirenejskich wioskach i miasteczkach pozostały po nich kościoły z podwójnymi wejściami i chrzcielnicami i cmentarze, a gdzieniegdzie opuszczone getta.  Niewiele jest  o nich informacji w polskiej wikipedii, tylko na anglojęzycznych stronach.

sobota, 23 stycznia 2016

Armie Hitlera bez ropy

To zdumiewające, że tak mało uwagi poświęca się paliwu, które odegrało tak istotną rolę w czasie II Wojny Światowej, w niektórych opracowaniach sprawa jest wręcz przemilczana. Niemcy nie miały żadnych znaczących złóż ropy, a polityczna sytuacja, w której się znalazły pod władzą nazistów pozwalała im korzystać tylko ze złóż w Ploeszti, które jednak były bardziej znane z tego, że były znane niż z tego, że były wydajne. Do połowy 1941 roku hitlerowskie Niemcy mogły też importować jakieś ilości ropy z ZSRR ale ich rozbudowanej armii potrzebny był stały i niezależny dostęp do paliwa przez wszystkie lata wojny.         
Jak to się stało, że Niemcy utrzymywali w ruchu swą potężną armię, która zawojowała całą Europę i ciągle staczała setki bitew bez ropy? Jak to w ogóle możliwe, że taka wielka zmechanizowana armia funkcjonowała? Przecież samoloty Luftwafe przez kilka lat dominowały na naszym niebie. Okręty Kriegsmarine – nawodne i podwodne dokonywały dalekich rajdów. Dywizje pancerne i zmotoryzowane Wermachtu i SS często wykonywały zmasowane uderzenia i manewry okrążające na wszystkich frontach Europy. Na jakim paliwie te wszystkie samoloty latały? Co napędzało te wszystkie okręty, czołgi i samochody? W jaki sposób Niemcy hitlerowskie uniezależniły się od ropy?
Głowili się nad tym niemieccy naukowcy zachęcani i ukierunkowani zapewne przez Hitlera. W końcu doprowadzili do tego, że gospodarka III Rzeszy produkowała paliwa syntetyczne z węgla na skalę przemysłową. Od wysokooktanowego paliwa do samolotów, poprzez benzyną do samochodów i paliwo do czołgów  na mazucie dla okrętów kończąc, a także smary i oleje – wszystko z węgla Nie zrażało ich wcale, że do produkcji 1 tony paliwa zużywano 7 ton węgla i jeszcze inne składniki. Ważne żeby armia była „na chodzie”. Wikipedia podaje, że kilkanaście takich kombinatów przetwórczych wytwarzało w III Rzeszy do 6,5 miliona ton paliwa rocznie.


Powstały wielkie fabryki, w których pracowali głównie robotnicy przymusowi z podbitych krajów i przerabiały węgiel na benzynę. Jeden z takich kombinatów funkcjonował w Policach koło Szczecina, inny w Blachowni Śląskiej. Nie zostało po nich wiele śladów, bo zostały zbombardowane przez aliantów, a po przejściu frontu rozmontowane i wywiezione na wschód przez naszych radzieckich sojuszników.


wtorek, 29 grudnia 2015

Sensacja w Kurdystanie

Wygląda na to, że wśród wszystkich dotąd odkrytych budowli wzniesionych przez przodków człowieka jest kompleks budowli, prawdopodobnie związanych z religią  w miejscu nazywanym Göbekli Tepe kilka kilometrów od miasta Sanliurfa w tureckiej części Kurdystanu. Archeolodzy określili czas powstania tych budowli na 11 tysięcy lat przed naszą erą.


Młodymi więc okazują się takie budowle jak Stonehenge –2300 r. p. n. e., Wielka Piramida 2550 r. p. n. e., czy nawet Świątynie Maltańskie z 3600 r. p. n. e. No bo jak to się ma do budowli z 11000 r. p. n. e. Wydaje się niewiarygodne, a przynajmniej zdumiewające, że jacyś praludzie potrafili jakoś zaprojektować, wymierzyć i skonstruować takie świątynie O tym, że była to budowla religijna i miejsce kultu można wywnioskować chociażby z tego, że budowa tego obiektu musiała trwać setki lat, więc na pewno była przeznaczona dla kogoś – czegoś co nasi ówcześni praprzodkowie uznawali za wieczne, jakieś bóstwo. Przeciętny praczłowiek w tamtych czasach (12 lub 13 tysięcy lat temu) nie żył przesadnie długo, 20 lub może 30 lat dlatego tym bardziej zadziwia konsekwencja ich działań. To ta jakby neandertalczycy zbudowali katedrę. Bez narzędzi, posługując się pięściakami i siłą mięśni. Niektóre kamienne bloki budowli ważą po kilkadziesiąt ton, a ustawili je nasi praprzodkowie, którzy nie znali jeszcze koła, nie prowadzili osiadłego trybu życia, nie byli rolnikami. Potrafili jednak rzeźbić, niektórzy nawet całkiem nieźle, więc chyba wrodzony talent jest całkiem niezależny od czasów i prymitywnych warunków życia.



Nie mniej zdumiewający od starożytności budowli jest fakt, że nikt się jakoś specjalnie nie chwalił posiadaniem takiego reliktu na swoim terytorium. W innych częściach świata wokół prehistorycznych pozostałości powstaje infrastruktura turystyczna, a nawet całe centra naukowe i pseudonaukowe. Tymczasem Göbekli Tepe  pozostawiono w spokoju na pustyni, chociaż samo w sobie stanowi sensację. Być może stało się tak z powodu turecko – kurdyjskich animozji. Kościół Katolicki i muzułmanie też pewnie za mocno nie naciskają, żeby rozpowszechniać wiedzę o istniejących 13 tysięcy lat temu religiach. W każdym razie biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia i powstanie Państwa Islamskiego chybna nawet dobrze się stało z punktu widzenia ewentualnych inwestorów w infrastrukturę turystyczną.



poniedziałek, 7 grudnia 2015

Sześćdziesięciu centurionów

W skład każdego z legionów rzymskich wchodziło zawsze 60 centurii, a dowódcą każdej z nich był centurion, czyli jakby setnik. Myli się jednak każdy kto sądzi, że jeden centurion był równy rangą innemu. Okazuje się, że żaden centurion nie był równy drugiemu. Najwyższy rangą ze wszystkich centurionów w legionie był dowódca pierwszej centurii w pierwszej kohorcie,  najniższy rangą był dowódca szóstej centurii w dziesiątej kohorcie. Nie wiadomo dokładnie w jak i sposób centurioni awansowali, chociaż wiadomo że dowódca pierwszej centurii w kohorcie często dowodził w walce całą kohortą. Ci dowódcy (pierwszych centurii w kohortach) brali również udział w radach wojennych przed bitwami.
Wydaje się, że dowództwo I centurii w I kohorcie było szczytem kariery centuriona. Stanowiska trybunów – w każdym legionie było ich sześciu – obsadzone były przez członków arystokracji. Trybun był w legionie czymś w rodzaju oficera łącznikowego, po odbyciu określonego stażu i osiągnięciu odpowiedniego wieku mógł zostać kwestorem legionu, a później jego dowódcą, czyli legatem. Oczywiście na przestrzeni kolejnych stuleci wojsko rzymskie ewoluowało i zmieniało się uzbrojenie, liczebność jednostek i niektóre zasady. Dla przykładu początkowo za czasów republiki funkcjonowały manipuły, każdy manipuł zawierał dwie centurie, a trzy manipuły tworzyły kohortę. Później, podobno w okresie cesarstwa manipuły zanikły i legion składał się po prostu z dziesięciu kohort, a każda z nich z sześciu centurii.


O manipułach wspomina jeszcze Juliusz Cezar w „Wojnie Galijskiej”, podkreśla też, że skuteczność legionów zależała głównie od dyscypliny. Kulminacyjnym momentem trwającej 7 lat wojny opisywanej przez Cezara można nazwać oblężenie Alezji i stłumienie powstania Wecyngetoryxa, który próbował zrzucić z Galii jarzmo Rzymian. Otóż Wercyngetoryx wraz z 80.000 galijskich wojowników zamknął się w dobrze ufortyfikowanej Alezji ale przedtem rozesłał wszystkich konnych po odsiecz. Cezar oceniwszy, że nie ma szans zdobyć umocnionego miasta szturmem zaczął je oblegać mając przy sobie 10 legionów mocno przetrzebionych po siedmiu latach wojny. Historycy szacują, że mógł mieć pod komendą około 40.000 żołnierzy.
Już sam fakt, że przez miesiąc zdołał utrzymać w oblężeniu dwukrotnie liczniejszego przeciwnika i zdobywać zaopatrzenie we wrogim sobie terenie jest zadziwiające. Jednak to nie wszystko, bo po trzydziestu dniach, gdy oblężonym kończyła się już żywność nadeszła odsiecz, 300.000 wojowników ze wszystkich galijskich plemion. Legioniści zostali zmuszeni do walki na dwa fronty, a oblężeni i odsiecz walcząc widzieli się wzajemnie ale nic im to nie dało. Dzięki dyscyplinie Rzymianie nie przerywając walki z oblężonymi rozgromili i przegnali tych co przyszli im z odsieczą. Tak to przynajmniej wygląda w relacji Cezara, trzeba jednak pamiętać, że wiele bitew w tych wojnach wygrał on dzięki intrygom skłócając poszczególne plemiona.

Juliusz Cezar jest bardzo subiektywny i stronniczy, a część jego relacji ma charakter propagandowy, bo pisze je formie sprawozdania dla senatu, w którym miał i przyjaciół i wrogów. Mimo to czytając o jego wyprawach za Ren i do Brytanii ma się wrażenie jak przy czytaniu książki podróżniczej. Skąd się wzięła nazwa Prowansja? Oczywiście od rzymskiej nazwy Prowincja. Na początku była Galia Przedalpejska i Galia Zaalpejska, później Galię Przedalpejską przyłączono do Italii, a Galię Zaalpejską w dolinie Rodanu, Rzymianie zaczęli nazywać Prowincją, co się ogólnie przyjęło.

sobota, 28 listopada 2015

Bałakława i Okudżawa

Bałakława i Okudżawa. Co mają ze sobą wspólnego? Zupełnie nic. Może dlatego, że obie te nazwy brzmią podobnie przechowuję je w pamięci blisko siebie.

Zielone wzgórza Bałakławy od 30 lat, czyli od chwili gdy przeczytałem o Wojnie Krymskiej, kojarzą mi się z szarżą angielskiej Lekkiej Brygady Kawalerii na rosyjskie armaty. Szarża skończyła się praktycznie rozstrzelaniem prawie całej brygady. Jednak do dzisiejszego dnia Anglicy wspominają tą szarżę i są dumni z bohaterstwa kawalerzystów, co najmniej tak samo jak Polacy z bohaterstwa uczestników Powstania Warszawskiego. W tym samym dniu bitwy pod Bałakławą powstało i przeszło do historii określenie „cienka czerwona linia”, gdy ustawieni w dwóch szeregach i ubrani tradycyjnie na czerwono strzelcy szkoccy, powstrzymali ogniem karabinowym dwie szarże rosyjskich huzarów.


Zupełnie inne skojarzenia wiążą się z Bułatem Okudżawą. Pamiętam, że rodzice puszczali go, a nawet śpiewali przy okazji zakrapianych imprez w latach 70-siątych. Słuchanie go nie było niby nielegalne ale właściwie niepożądane i nieoficjalnie zwalczane przez ówczesną władzę. Każdy zdawał sobie sprawę, że śpiewając o czarnym kocie Okudżawa ma na myśli Stalina, a śpiewając o papierowym żołnierzu myśli o kościuszkowcach.


„... porządek taki świat zawsze znał
gdy stoisz z prawej, będziesz stał,
a gdy w przód chcesz iść, pamiętaj że
masz lewej strony trzymać się” 
Okudżawy już nie ma, ciekawe której strony dzisiaj radziłby nam się trzymać i czego życzyłby nam „wsiem po niemnożku”


Brytyjskie fortece pod żaglami

Gdyby się tak dobrze zastanowić to trzeba stwierdzić, że język angielski jest najbardziej rozpowszechniony na świecie. Pomijając fakt, że jest on w wielu krajach językiem urzędowym, na wszystkich kontynentach istnieje wiele państw, państewek i terytoriów, w których można się swobodnie porozumiewać w języku angielskim. Takie rozpowszechnienie języka pozostaje w ścisłym związku z brytyjskim panowaniem na morzach i oceanach. Setki angielskich statków handlowych mogły swobodnie kursować do Indii, wysp Oceanu Indyjskiego i Spokojnego, basenu Morza Karaibskiego itd. Supremację handlu brytyjskiego na morzach  zapewniała angielska marynarka wojenna – Royal Navy. Praktycznie od drugiej połowy XVIII wieku do początków XX wieku brytyjskie okręty wojenne panowały na wszystkich morzach i oceanach niepodzielnie.

Cała wielkość, potęga i całe bogactwo Anglii stworzone zostało właśnie dzięki tym pływającym fortecom. Mimo prostych urządzeń nawigacyjnych, zależności od siły i kierunku wiatrów i braku łączności poza zasięgiem wzroku Royal Navy była w stanie już w XVIII i na początku XIX wieku zaplanować i przeprowadzać operacje wojskowe w dowolnych zakątkach świata. Takie operacje były przeprowadzane na Atlantyku, Pacyfiku, Morzu Śródziemnym, Karaibskim, Północnym, Bałtyckim .... Podczas wojen napoleońskich Royal Navy miała ponad 700 okrętów różnej wielkości (według angielskiej wikipedii), na których pływało prawie   200 tysięcy osób. 160 spośród tych okrętów to były okręty liniowe podobne do HMS „Victory”.



Wyporność tego okrętu jest większa od wyporności wszystkich okrętów polskiej floty biorącej udział w bitwie pod Oliwą około 150 lat przed zbudowaniem „Victory”. Podobnie jak jego siła ognia ze 110 potężnych armat. Załoga HMS ”Victory” składała się z 850 osób. Marynarze mieli do dyspozycji 3 pokłady działowe, mogli tam spać jadać, przebywać, podczas kilku lub kilkunastomiesięcznego rejsu. Na okrętach liniowych marynarze mieli pewien komfort, każdy z nich mógł mieć dla siebie prywatne miejsce. Inaczej było na mniejszych okrętach, na których było tak mało przestrzeni, że musieli sypiać na zmiany w tych samych hamakach rozwieszonych ciasno i piętrowo. Gdy jedna zmiana pracowała, druga mogła korzystać z hamaków, niestety trochę się przy tym obijając o sąsiadów w rytm przechyłów okrętu.

Duża liczebność załóg była wymuszona faktem, że do połowy XIX wieku kiedy zaczęły się  pojawiać parowce, jedynymi urządzeniami napędowymi okrętów były rozciągnięte na masztach żagle. Taki okręt liniowy miał kilkadziesiąt żagli o łącznej powierzchni 1,5 – 2 hektarów. Kiedyś miałem 300 metrową działkę, więc wiem że 2 hektary to całkiem spora powierzchnia. Wszystkie te żagle były rozwijane, zwijane, ustawiane, napinane za pomocą dużej ilości różnych lin, co wymagało pracy fizycznej określonej ilości osób. Duża liczba załogi okrętów wojennych wymuszała z kolei załadunek określonej ilości prowiantu i słodkiej wody, żeby wystarczyło dla kilkuset ludzi na kilka miesięcy. Dużo miejsca zajmowały też zapasy artyleryjskie – proch i kule dla kilkudziesięciu armat, na kilkaset strzałów dla każdej. Do tego każdy okręt zabierał zapasowe żagle, liny, drzewca ... Dla załóg pozostawało niewiele miejsca. Przez okręty wojenne w tamtych czasach przewinęły się setki tysięcy osób i chyba nie było żadnej angielskiej rodziny, której przynajmniej jeden członek nie pływał w Royal Navy.




Życie na żaglowcach Royal Navy w czasach wojen napoleońskich bardzo realistycznie opisał C. S. Forester w cyklu 12 powieści o Hornblowerze. Opisał w nich kilkudziesięcioletnią karierę tej fikcyjnej postaci w marynarce wojennej, od aspiranta do admirała. Poważnym problemem dowódcy każdego okrętu żaglowego było utrzymanie dyscypliny i posłuchu dużej grupy ludzi stłoczonych na niewielkim okręcie. Proste, a właściwie prymitywne przyrządy nawigacyjne przyczyniały się do tego, że kapitan nigdy nie miał pewności gdzie dokładnie znajduje się jego okręt, było to możliwe dopiero po zobaczeniu i zidentyfikowaniu wybrzeża. O ówczesnych trudnościach komunikacyjnych najlepiej świadczy sposób pisania międzynarodowych traktatów. Traktat Gandawski z 1814 roku na przykład, ustanawiający koniec wojny i pokój między Anglią i Stanami Zjednoczonymi obowiązywał po 12 dniach od ratyfikacji na Północnym Atlantyku, ale na Bałtyku po 40 dniach od ratyfikacji, a na Pacyfiku po 120 dniach.

sobota, 21 listopada 2015

Sława Excalibura

Potężny artefakt, miecz światła, cały czas trwa w świadomości milionów ludzi na całym świecie. Legendarny miecz z legendarnych czasów. Właściwie bardziej jest pewne, że nigdy nie istniał, niż to że kiedykolwiek był. Czasy króla Artura mogły mieć miejsce gdzieś w V wieku, jednak wtedy nie mogło być Kamelotu jako zamku z "życiem dworskim", bo nikt wtedy jeszcze nie budował w Anglii średniowiecznych zamków. Samo pojęcie rycerza też jest znacznie późniejsze, jedynie królów mieli Brytowie nadmiar. Tak to już jest z legendami arturiańskimi. Brytów już dawno nie ma na świecie, bo wyparli ich Sasi, Sasów podbili Normanowie,a legenda jest ciągle żywa. Jej pierwsze wersje powstały w czasach gdy duchowni byli jedynymi pisarzami na świecie nie mogą więc nikogo dziwić liczne wplecione  w nią wątki chrześcijaństwa.Każdy jednak słyszał o Excaliburze, miecz przetrwał jako pojęcie do dzisiejszych czasów.



My Polacy nie musimy jednak Brytyjczykom tak bardzo zazdrościć. Mamy przecież prawdziwy, historyczny artefakt. Miecz, który w przeciwieństwie do Excalibura jest materialny, istniał i nadal istnieje. Ostatnią wojnę przetrwał wywieziony do Kanady. Jest ostatnim istniejącym insygnium koronacyjnym Piastów. Szczerbiec, miecz który ma również swoją legendę, jak ten angielski. Podobno wyszczerbił go Bolesław Chrobry o bramę Kijowa. Legenda jednak mija się z prawdą, bo miecz powstał około 200 lat po panowaniu  Bolesława Chrobrego. Szczerba natomiast nie znajduje się na ostrzu, ale po środku głowni przy rękojeści, była przeznaczona do umieszczenia w niej relikwii.

sobota, 12 września 2015

Świecie - miasto wędrujące

Świecie nad Wisłą, a teraz właściwie nad Wdą to miasteczko, które już trzykrotnie w historii zmieniało swoją lokalizację „przeskakując” za każdym razem rzekę Wdę. W swoich początkach,od czasów przedchrześcijańskich było pomorską osadą położoną na zboczu krawędzi pradoliny Wisły, od której oddzielała je rzeka Wda.



Nie  zachowało się po tej osadzie wiele śladów, ponieważ w tamtych czasach jako budulca używano drewna, coś  tam jednak archeolodzy ciągle znajdują, głównie miejsca pochówku. Prawdopodobnie to właśnie z tamtych czasów pochodzi nazwa i wywodzi się z nich herb Świecia - świeca oświetlająca drogę wędrowcom, zwłaszcza podczas nowiu księżyca księżyca. Położone wysoko nad wodą było doskonale widoczne z Wisły na długim odcinku, zwłaszcza w ciemności. Światła, a właściwie ognie osady na zboczu wzniesienia oglądane z płynących Wisłą szkut i łodzi wyglądały jakby góra płonęła, były jakby latarnią na brzegu.


Wisła nie była w tamtych czasach martwa i pusta jak dzisiaj, nie było wtedy żadnych szos ani linii kolejowych. To rzeki były arteriami komunikacyjnymi. Ruch małych i dużych łodzi na Wiśle trochę przypominał ruch osobówek i ciężarówek na dzisiejszej szosie. Świecie było dla tych łodzi punktem orientacyjnym i chociaż początkowo może mieszkańcy nazywali swą osadę inaczej, to później ją zmienili, bo we wszystkich innych miejscowościach nad Wisłą osada znana była jako Świeca ?, Świecąca ?, albo jakoś tak.


Dalsza historia Świecia i zmiana jego lokalizacji, to czasy Krzyżaków, którzy zniszczyli osadę i zapewne wyrżnęli mieszkańców, chociaż może nie wszystkich, a później założyli własne miasto, też pod nazwą Świecie ale już nie na wzgórzu tylko w dolinie, w widłach Wisły i Wdy. To właśnie tamtego miasta - a nie obecnego jak sugeruje wikipedia - dotyczyło prawo chełmińskie. Z tego miasta także niewiele zostało, chociaż gdyby trochę pokopać .... W każdym razie miasto przetrwało Krzyżaków i przez około 300 lat było usytuowane między zamkiem krzyżackim na cyplu wideł dwu rzek, a kościołem u nasady tego cypla. Za kościołem wzniesiono mury, które chroniły miasto od tej jedynej strony gdzie nie było wody.
 








Powodem następnych przenosin były częste wylewy Wisły i podtapianie budynków, a także najazd Szwedów i dokonane przez nich zniszczenia. Świecie znowu się przeniosło  „przeskoczyło” na drugą stronę Wdy, ale już nie w to miejsce na zboczu, w którym kiedyś była przedchrześcijańska osada, ale w dolinę, którą kiedyś utworzyła rzeka Wda.

 


Sądzę, że proces przenosin nie był nagły tylko raczej stopniowy i nie miał miejsca w XIX wieku jak to sugeruje wikipedia ale rozpoczął się znacznie wcześniej. Klasztor  Bernardynów, który zamyka jedną z głównych ulic współczesnego Świecia zaczęto budować już w XVII wieku.






piątek, 5 czerwca 2015

Trzech Janów i Kozakiewicza gest

Polacy byli pozbawieni swego państwa przez prawie 150 lat z małymi przerwami. Państwo czeskie nie istniało znacznie dłużej i bez żadnych przerw. 300 lat intensywnej germanizacji sprawiło, że z piśmiennictwa język czeski znikł zupełnie. Czesi musieli go mozolnie odtwarzać, zapożyczając słowa od innych narodów słowiańskich, również od Polaków. To dlatego niektóre czeskie słowa wydają się podobne do naszych, chociaż znaczą zupełnie co innego. W związku z tym, że przez wiele lat Czesi pozbawieni byli własnego państwa, własnego języka i własnej historii, chętnie sięgają do czasów średniowiecza po bohaterów i ulubieńców. Szczególnie sobie upodobali trzech Janów, którzy zasłynęli na przełomie XIV i XV wieku.


1.Święty Jan Nepomucen – podobno został zamęczony, bo nie chciał zdradzić tajemnicy spowiedzi. Dziś jest patronem tajemnic i sekretów, jego figura stoi chyba w każdym czeskim mieście, przeważnie na rynku.


2.Jan Hus – duchowny i rektor uniwersytetu w Pradze – uznawany za twórcę literackiego języka czeskiego. Zaczął wytykać pychę, obłudę i rozwiązłość kościoła katolickiego, a było to w czasach gdy KK miał aż trzech papieży jednocześnie, którzy się nawzajem zwalczali. Hus został podstępnie zwabiony na sobór, który odbywał się w Konstancji i spalony jako heretyk. Wywołało to w Czechach trwającą wiele lat rewolucję. Mimo kilkuset lat dość brutalnej rekatolizacji poglądy Jana Husa do dziś przetrwały wśród Czechów. Powstał odrębny kościół husycki, a Czesi do dziś bardzo niechętnie patrzą na KK. Postawili Husowi pomnik w Pradze, a każda rocznica jego spalenia jest czeskim świętem narodowym.


3.Jan Żiżka to człowiek wojny, bardzo waleczny wojownik i znakomity wódz. W Polsce dzielnie walczył pod Grunwaldem (po naszej stronie), podobno tam właśnie stracił oko. Później został naczelnym wodzem husytów.  Zwycięskim wodzem. Stoczył wiele bitew z krucjatami papieskimi i żadnej nie przegrał. Po jego śmierci podczas zarazy, husyci nazwali się sierotkami. Żeby uczcić pamięć Jana Żiżki Czesi postawili mu w Pradze monumentalny pomnik i nazwali Żiżkowem jedną z dzielnic  miasta.



Czechom, a zwłaszcza Prażanom, jak się zdaje, bardzo imponuje wszelkiego rodzaju przekora, zwłaszcza zuchwała, dlatego bardzo im się spodobał gest jaki zrobił Kozakiewicz podczas olimpiady w Moskwie w 1980 roku. Zaimponowała im fantazja i odwaga, której trzeba było, żeby wykonać taki gest w odpowiedzi na gwizdy tysięcy radzieckich kibiców. Zainspirowało ich to do postawienia w Pradze rzeźby upamiętniającej ten gest.

niedziela, 31 maja 2015

Wokół świętości Wojciecha

Wiadomo ogólnie, że pierwszy polski męczennik chrześcijański był z pochodzenia Czechem. Jak to  się stało, że biskup praski z możnego czeskiego rodu, syn Sławnika i człowiek, który podczas swojego niedługiego życia przewędrował cały znany w swoich czasach świat chrześcijański zginął jako misjonarz w dzikim kraju na północ od ówczesnej Polski. Młode lata spędził w Niemczech, później był najmłodszym biskupem Pragi, stamtąd wyjechał do Rzymu, gdzie wstąpił do zakonu benedyktynów. Potem ponownie objął biskupstwo Pragi i brał udział  w chrystianizacji Słowacji, a  być może także Węgier. Porzucił biskupstwo, udał się do Rzymu skąd pielgrzymował do Francji, a stamtąd dotarł do Polski.



Wojciech Sławnikowic był człowiekiem o   szerokich horyzontach umysłowych, obytym i  dobrze wykształconym, znał przynajmniej kilka języków słowiańskich – w tym język Wieletów, czyli Słowian osiadłych między Odrą, a Łabą, poza tym łacinę i niemiecki. Był również dodrze ustosunkowany, spotykał się i z papieżem i z cesarzem. Dlaczego więc taki  światły i rozumny człowiek wyruszył na wschód od Wisły nawracać Prusów pomimo, że nie znał ani ich języka ani obyczajów?. Musiał sobie przecież zdawać sprawę, że niewiele zdziała wyruszając bez przygotowań, bez znajomości chociażby języka.  Czy było to jakieś nieporozumienie, czy też może .... szukał śmierci?
Europa w czasach gdy żył Święty Wojciech mocno przypominała scenę filmu „Gra o tron” – pełną okrutnych i bezwzględnych walk i rzezi. Tronów, o które walczyli średniowieczni Europejczycy było jednak znacznie więcej niż jeden, a i sama gra była czasami bardziej okrutna. Ród, z którego pochodził Wojciech padł właśnie ofiarą tej gry. takiej Słwnika księcia Libic, władał północno – wschodnimi Czechami (w tym także obecną Kotliną Kłodzką) był bardzo wpływowy i popierany przez Bolesława Chrobrego konkurował z rodem Przemyślidów, którzy w Czechach rządzili. Stronnicy Przemyślidów zgładzili w 995 roku potomków Sławnika, czterech jego synów, wszystkie kobiety z tego rodu i wszystkie  dzieci. Z całego rodu przeżyli tylko najstarszy syn Sławnika Sobiesław, który schronił się w Polsce i Wojciech, który akurat w tym czasie pielgrzymował. Z Libic przetrwały tylko kamienne fundamenty jednego kościoła.



Ten konflikt Sławnikowiców z Przemyślidami wyjaśnia trudną sytuację Wojciecha jako biskupa Pragi, która była siedliskiem Przemyślidów, być może był on tam prześladowany. Zapewne porzucił biskupstwo i uciekł z Pragi właśnie z tego powodu  w 994 roku. Prawdopodobnie dowiedział się o zagładzie swojej rodziny podczas gdy pielgrzymował do francuskich sanktuariów i wtedy utwierdził się w postanowieniu podjęcia niebezpiecznej, w swoim mniemaniu samobójczej misji chrystianizacyjnej. Wędrując przez kraje niemieckie i będąc u cesarza przekonał się że podjęcie takiej misji wśród Wieletów, których języka się nauczył nie jest możliwe z powodu toczącej się właśnie z Wieletami wojny. Wojciech nie miał już cierpliwości, żeby czekać na jej zakończenie. Spieszyło mu się, może bardzo cierpiał po rodzinnej tragedii, dlatego ruszył do Polski i do Prusów.



czwartek, 21 maja 2015

Niby zwykła powieść, a uratowała ludzkość

Nie ma już dziś wyścigu zbrojeń ani zimnej wojny między „Wschodem” i „Zachodem”. Przynajmniej nie na taką skalę jak kiedyś. Mamy traktaty o zakazie prób z bronią jądrową i o nie rozprzestrzenianiu broni jądrowej. Mamy wreszcie organizacje międzynarodowe: ekologiczne, humanitarne i działające na rzecz rozbrojenia. Może te organizacje nie są zbyt silne, ale to nie siła jest ich domeną, raczej informacja. To właśnie informacją, a nie siłą wpływają na działania rządów państw oraz zmieniają świadomość światowej opinii publicznej. Poza tym powstało już sporo filmów pokazujących co może nas spotkać po rozpętaniu konfliktu nuklearnego. Obrazy naszej zniszczonej planety z tych filmów wniknęły do świadomości milionów ludzi, którzy je oglądali. Utrwaliły w tych umysłach – miejmy nadzieję – świadomość bezsensu totalnej wojny.

Zanim jednak podpisano traktaty, zanim powstały międzynarodowe organizacje, zanim zaczęto produkować filmy wybijające ludziom z głów dobrodziejstwa broni jądrowej, było inaczej. Świadomość opinii publicznej była nakręcana spiralą zbrojeń. Ci którzy zarabiali na produkcji broni jądrowej wbijali tej opinii do głów, że bomba atomowa to cudowny lek na wszystko. Wiele państw poczuło się zagrożonych z powodu nie posiadania broni jądrowej. Stany Zjednoczone chciały jej mieć jak najwięcej. Ciągle ją ulepszały i produkowały. Coraz więcej.
 
Nikt nie myślał, że ilość tej wyprodukowanej już broni wystarczy, żeby zlikwidować życie na Ziemi, nawet kilkakrotnie. Panowało głębokie przekonanie, podsycane zapewne przez branżę budowlaną, że najskuteczniejszą obroną przed bronią masowego rażenia są schrony. Całe tony pieniędzy zostały wydane na ich budowę. Powstawały podziemne miasta, wielopiętrowe bunkry i centra dowodzenia. Panowała psychoza strachu, każdy Amerykanin chciał mieć prywatny schron przeciwatomowy. W Polsce do dziś w pomieszczenia schronów posiadają wszystkie budynki budowane w tamtym okresie, czyli w latach 50-60-siątych XX wieku. Kiedyś mieszkałem w takim budynku i te schrony widziałem.  W innych państwach również budowano bunkry, a także całe podziemne miasta. Propaganda nakręciła psychozę i wojna totalna wisiała na włosku. Każdy, nawet najdrobniejszy zatarg mógł zapoczątkować zagładę ludzkości.

W samym środku tej psychozy, w czasie gdy na atolu Bikini przeprowadzano kolejne próby mające udoskonalić broń jądrową, czyli w 1957 roku Nevil Shute napisał powieść „Ostatni brzeg” Posługując się prozą i poezją tak plastycznie i tak sugestywnie przedstawił obraz planety po konflikcie nuklearnym, że przekaz trafiał do każdego czytelnia. Trafił też do filmowców i w wersji filmowej zaczął zmieniać świadomość ludzi i budzić refleksje nawet w najbardziej zatwardziałych głowach. Ludzie zaczęli pojmować, że na nic im się nie przydadzą schrony jeżeli nie będzie można z nich kiedyś wyjść. Tym bardziej, że gdyby nawet przetrwali w nich kilkadziesiąt lat nie będzie po co wychodzić na martwą planetę. Refleksja przekazu Nevila Shute zapoczątkowała pewien proces, któremu zawdzięczamy późniejsze traktaty, itd. Nie wiadomo skąd w nim się wzięła taka wizja w1957 roku ale może dzięki niej .... żyjemy.

czwartek, 7 maja 2015

Umysł nie radzi sobie z postępem

Czy postęp cywilizacyjny sam w sobie może być zagrożeniem dla zdrowia i życia człowieka? Czy to szok wywołany szybkością postępu wywołuje wszystkie choroby cywilizacyjne? Choroby ciała na pewno. Zwłaszcza te, które wiążą się z zatrutym powietrzem, wodą jedzeniem, czytaniem przy sztucznym świetle, czytaniem z monitora. Hałasem niszczącym słuch, trybem życia siedzącym: za kierownicą, za biurkiem, przed telewizorem, itd., itd. ... Poza tym jednak coraz częściej szok cywilizacyjny dotyka umysłu. Ludzie zapadają na różne psychozy, neurozy, nerwice, schizofrenie .... Umysł ludzki kształtował się kilka, a może nawet kilkanaście tysięcy lat, setki pokoleń, podczas których cała cywilizacja rozwijała się w sposób dość zrównoważony. Nagłe przyspieszenie tego rozwoju, skok cywilizacyjny, nastąpił dopiero podczas życia ostatnich 3 – 4 pokoleń i umysł ludzki chyba niezbyt dobrze sobie z tą szybkością radzi.
Pokonywanie przestrzeni. Ile kilometrów przeciętnie w ciągu życia pokonywali nasi dziadkowie, pradziadkowie? W podróżach służbowych i prywatnych. Pieszo, powozem, samochodem, koleją. Pewnie 200, może 300 tysięcy, zakładając że kończyli jakiś szkoły i mieli jakąś pracę. Dzisiaj każdy pracujący mieszkaniec na przykład Polski robi tych kilometrów w ciągu życia znacznie więcej. Nie tylko dlatego, że życie stało się dłuższe, ale głównie dlatego, że zwiększyły się możliwości transportu. Mam znajomych, którzy jeżdżąc służbowo samochodem, pokonują 100 tysięcy kilometrów w ciągu jednego roku i wcale nie pracują w transporcie. Można przyjąć, że kierowca TIR-a robi ich rocznie jeszcze więcej. Na zwiększenie średniej ilości współcześnie pokonywanych odległości duży wpływ mają podróże lotnicze. Setki tysięcy Polaków lata co roku na wakacje do dalekich czasami krajów. Wielu lata kilka razy w roku do pracy za granicą.


Zdobycie zawodu. Jeszcze 150 lat temu zawód zdobywano wielopokoleniowo. To znaczy, że jeżeli ktoś zostawał szewcem, kowalem, szklarzem, rzeźnikiem, itp., to pracował w tym zawodzie również przynajmniej jeden z jego synów, a później także wnuk. Dzisiaj zdarza się tak, że zanim, ktoś się wyuczy wybranego zawodu ten zawód znika. Kierunki nauczania stały się z tego powodu bardziej ogólne. Ostatnio na przykład przeczytałem o „Inżynierii procesami logistycznymi”, ciekawe czy to cokolwiek znaczy.

Przywiązanie do miejsca. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu warsztaty, zakłady, sklepy  nie zmieniały miejsca, nazwy, branży ani nawet obsługi. Gdy ktoś chciał na przykład wywołać zdjęcia, wiedział gdzie szukać fotografa, wiedział gdzie kupić dobry chleb, naprawić buty, itp. Do dzisiejszego dnia takie wiele lat funkcjonujące punkty zachowały się w pamięci ludzi, którzy umawiają się „koło ZURT-u”, Chociaż tego ZURT-u nie ma już od wielu lat. Dzisiaj zdarza się, że w jednym lokalu zmienia się w ciągu roku kilka sklepów. Trochę się denerwujemy gdy zmienia się nasz znajomy lekarz, stomatolog, sąsiad. Jest to jednak mały pikuś, bo gdy sami musimy się przeprowadzić znajdując pracę w innym mieście, przeżywamy zmiany znacznie głębiej. Trzeba szukać wszystkiego od nowa: szkół dla dzieci, nowych lekarzy, mechanika do samochodu ....         

niedziela, 26 kwietnia 2015

Zdrajca świętym

Nie wiadomo właściwie dokładnie czy Stanisław ze Szczepanowa, biskup krakowski wszedł w konflikt z Bolesławem Śmiałym przyłączając się do opozycji możnowładców zmierzającej do obalenia króla. Być może miał on inne podłoże i był raczej związany z toczącym się w tamtym czasie sporem między cesarzem i papieżem o inwestyturę. Bolesław jednak stanął po stronie papieża, trudno zatem przypuszczać, żeby biskup miał inne zdanie, może więc chodziło o jakieś nadania i cały konflikt miał podłoże ekonomiczne. W każdym razie cała sprawa stracenia biskupa krakowskiego nie miała większego wpływu na obalenie i wygnanie króla.


Nie przywiązywał większego znaczenia do tego wydarzenia Gall Anonim pisząc swoją kronikę 30 lat później. Wprawdzie napisał o nim zdawkowo, nie wyjaśniając o co poszło, tylko że król za zdradę skazał biskupa na obcięcie członków.  Gdyby ta sprawa miała jakieś kluczowe znaczenie na pewno napisałby o niej inaczej. Pisząc o tych wydarzeniach kronikarz był pod podwójną presją. Z jednej strony tworząc kronikę przebywał na dworze Bolesława Krzywoustego i nie mógł przedstawiać w zbyt dobrym świetle przedstawiać jego stryja Bolesława Śmiałego, bo właśnie dzięki jego wygnaniu ojciec Krzywoustego został władcą. Z drugiej strony od opisywanych wydarzeń minęło dopiero 30 lat, więc żyło jeszcze wielu naocznych świadków, którzy wiedzieli jak było naprawdę. Dlatego kronikarz tylko o tym wspomniał,  żeby nie narazić się na niełaskę lub śmieszność.

Poza tym cały problem związany z biskupem Stanisławem nie był ani istotny ani kluczowy. Opozycja wobec Bolesława Śmiałego była zresztą zbyt potężna i rozgałęziona, żeby spór króla z biskupem mógł mieć znaczący wpływ na rozwój wydarzeń. Możnowładcom nie mogło się podobać, że władca rządzi krajem zdecydowanie i samodzielnie, że w licznych bitwach i interwencjach wygubił ich synów. Stopniowo się od niego odsuwali i skupiali wokół jego brata Władysława, który nie był ani samodzielny, ani zdecydowany. Ponadto zawiązali spisek z Czechami, którym Bolesław Śmiały nie płacił trybutu za Śląsk i z cesarzem niemieckim, z którym walczył przez cały okres swojego panowania. Świadczy o tym fakt, że natychmiast po wygnaniu Bolesława Śmiałego Polska zaczęła płacić trybut Czechom, a książę Władysław nigdy nie starał się o koronę pozostając wiernym lennikiem cesarza.



Biskup krakowski Wincenty Kadłubek, który pisał kronikę Polski 100 lat po Gallu Anonimie nie musiał się już przejmować naocznymi świadkami. Nie pisał już nic o zdradzie swojego poprzednika ani o  jego skazaniu. Stwierdził, że biskupa zabił własnoręcznie król Bolesław Śmiały podczas odprawiania mszy i wyłącznie za to świętokradztwo wygnano króla z kraju. Kronika Anonima gdzieś tam sobie leżała w kilku odpisach, a tymczasem żywy, wpływowy i bogaty biskup rozpowszechniał w Polsce swoją wersję wydarzeń. Głownie dzięki niemu powstał kult Stanisława, który wreszcie w XIII wieku został świętym męczennikiem. Przestało być ważne czy zginął za wiarę, czy za zdradę stanu, czy walcząc o majątek.