niedziela, 31 maja 2015
Wokół świętości Wojciecha
Wojciech Sławnikowic był człowiekiem o szerokich horyzontach umysłowych, obytym i dobrze wykształconym, znał przynajmniej kilka języków słowiańskich – w tym język Wieletów, czyli Słowian osiadłych między Odrą, a Łabą, poza tym łacinę i niemiecki. Był również dodrze ustosunkowany, spotykał się i z papieżem i z cesarzem. Dlaczego więc taki światły i rozumny człowiek wyruszył na wschód od Wisły nawracać Prusów pomimo, że nie znał ani ich języka ani obyczajów?. Musiał sobie przecież zdawać sprawę, że niewiele zdziała wyruszając bez przygotowań, bez znajomości chociażby języka. Czy było to jakieś nieporozumienie, czy też może .... szukał śmierci?
czwartek, 21 maja 2015
Niby zwykła powieść, a uratowała ludzkość
Nie ma już dziś
wyścigu zbrojeń ani zimnej wojny między „Wschodem” i „Zachodem”.
Przynajmniej nie na taką skalę jak kiedyś. Mamy traktaty o zakazie prób z
bronią jądrową i o nie rozprzestrzenianiu broni jądrowej. Mamy wreszcie
organizacje międzynarodowe: ekologiczne, humanitarne i działające na
rzecz rozbrojenia. Może te organizacje nie są zbyt silne, ale to nie
siła jest ich domeną, raczej informacja. To właśnie informacją, a nie
siłą wpływają na działania rządów państw oraz zmieniają świadomość
światowej opinii publicznej. Poza tym powstało już sporo filmów
pokazujących co może nas spotkać po rozpętaniu konfliktu nuklearnego.
Obrazy naszej zniszczonej planety z tych filmów wniknęły do świadomości
milionów ludzi, którzy je oglądali. Utrwaliły w tych umysłach – miejmy
nadzieję – świadomość bezsensu totalnej wojny.
Nie ma już dziś wyścigu zbrojeń ani zimnej wojny między „Wschodem” i „Zachodem”. Przynajmniej nie na taką skalę jak kiedyś. Mamy traktaty o zakazie prób z bronią jądrową i o nie rozprzestrzenianiu broni jądrowej. Mamy wreszcie organizacje międzynarodowe: ekologiczne, humanitarne i działające na rzecz rozbrojenia. Może te organizacje nie są zbyt silne, ale to nie siła jest ich domeną, raczej informacja. To właśnie informacją, a nie siłą wpływają na działania rządów państw oraz zmieniają świadomość światowej opinii publicznej. Poza tym powstało już sporo filmów pokazujących co może nas spotkać po rozpętaniu konfliktu nuklearnego. Obrazy naszej zniszczonej planety z tych filmów wniknęły do świadomości milionów ludzi, którzy je oglądali. Utrwaliły w tych umysłach – miejmy nadzieję – świadomość bezsensu totalnej wojny.
Zanim jednak podpisano traktaty, zanim powstały międzynarodowe
organizacje, zanim zaczęto produkować filmy wybijające ludziom z głów
dobrodziejstwa broni jądrowej, było inaczej. Świadomość opinii
publicznej była nakręcana spiralą zbrojeń. Ci którzy zarabiali na
produkcji broni jądrowej wbijali tej opinii do głów, że bomba atomowa to
cudowny lek na wszystko. Wiele państw poczuło się zagrożonych z powodu
nie posiadania broni jądrowej. Stany Zjednoczone chciały jej mieć jak
najwięcej. Ciągle ją ulepszały i produkowały. Coraz więcej.
Nikt nie myślał, że ilość tej wyprodukowanej już broni wystarczy, żeby zlikwidować życie
na Ziemi, nawet kilkakrotnie. Panowało głębokie przekonanie, podsycane
zapewne przez branżę budowlaną, że najskuteczniejszą obroną przed bronią
masowego rażenia są schrony. Całe tony pieniędzy zostały wydane na ich
budowę. Powstawały podziemne miasta, wielopiętrowe bunkry i centra
dowodzenia. Panowała psychoza strachu, każdy Amerykanin chciał mieć
prywatny schron przeciwatomowy. W Polsce do dziś w pomieszczenia
schronów posiadają wszystkie budynki budowane w tamtym okresie, czyli w latach 50-60-siątych XX wieku. Kiedyś mieszkałem w takim budynku i te schrony widziałem. W innych państwach również budowano bunkry, a także całe podziemne miasta. Propaganda nakręciła psychozę i wojna totalna wisiała na włosku. Każdy,
nawet najdrobniejszy zatarg mógł zapoczątkować zagładę ludzkości.
W samym środku tej psychozy, w czasie gdy na atolu Bikini
przeprowadzano kolejne próby mające udoskonalić broń jądrową, czyli w
1957 roku Nevil Shute napisał powieść „Ostatni brzeg” Posługując się
prozą i poezją tak plastycznie i tak sugestywnie przedstawił obraz
planety po konflikcie nuklearnym, że przekaz trafiał do każdego
czytelnia. Trafił też do filmowców i w wersji filmowej zaczął zmieniać
świadomość ludzi i budzić refleksje nawet w najbardziej zatwardziałych
głowach. Ludzie zaczęli pojmować, że na nic im się nie przydadzą schrony
jeżeli nie będzie można z nich kiedyś wyjść. Tym bardziej, że gdyby
nawet przetrwali w nich kilkadziesiąt lat nie będzie po co wychodzić na
martwą planetę. Refleksja przekazu Nevila Shute zapoczątkowała pewien
proces, któremu zawdzięczamy późniejsze traktaty, itd. Nie wiadomo skąd w
nim się wzięła taka wizja w1957 roku ale może dzięki niej .... żyjemy.
czwartek, 7 maja 2015
Umysł nie radzi sobie z postępem
Czy
postęp cywilizacyjny sam w sobie może być zagrożeniem dla zdrowia i życia
człowieka? Czy to szok wywołany szybkością postępu wywołuje wszystkie choroby
cywilizacyjne? Choroby ciała na pewno. Zwłaszcza te, które wiążą się z zatrutym
powietrzem, wodą jedzeniem, czytaniem przy sztucznym świetle, czytaniem z
monitora. Hałasem niszczącym słuch, trybem życia siedzącym: za kierownicą, za
biurkiem, przed telewizorem, itd., itd. ... Poza tym jednak coraz częściej szok
cywilizacyjny dotyka umysłu. Ludzie zapadają na różne psychozy, neurozy,
nerwice, schizofrenie .... Umysł ludzki kształtował się kilka, a może nawet
kilkanaście tysięcy lat, setki pokoleń, podczas których cała cywilizacja
rozwijała się w sposób dość zrównoważony. Nagłe przyspieszenie tego rozwoju, skok
cywilizacyjny, nastąpił dopiero podczas życia ostatnich 3 – 4 pokoleń i umysł
ludzki chyba niezbyt dobrze sobie z tą szybkością radzi.
Pokonywanie
przestrzeni. Ile kilometrów przeciętnie w ciągu życia pokonywali nasi
dziadkowie, pradziadkowie? W podróżach służbowych i prywatnych. Pieszo,
powozem, samochodem, koleją. Pewnie 200, może 300 tysięcy, zakładając że
kończyli jakiś szkoły i mieli jakąś pracę. Dzisiaj każdy pracujący mieszkaniec
na przykład Polski robi tych kilometrów w ciągu życia znacznie więcej. Nie
tylko dlatego, że życie stało się dłuższe, ale głównie dlatego, że zwiększyły
się możliwości transportu. Mam znajomych, którzy jeżdżąc służbowo samochodem,
pokonują 100 tysięcy kilometrów w ciągu jednego roku i wcale nie pracują w
transporcie. Można przyjąć, że kierowca TIR-a robi ich rocznie jeszcze więcej.
Na zwiększenie średniej ilości współcześnie pokonywanych odległości duży wpływ
mają podróże lotnicze. Setki tysięcy Polaków lata co roku na wakacje do
dalekich czasami krajów. Wielu lata kilka razy w roku do pracy za granicą.
Zdobycie
zawodu. Jeszcze 150 lat temu zawód zdobywano wielopokoleniowo. To znaczy, że
jeżeli ktoś zostawał szewcem, kowalem, szklarzem, rzeźnikiem, itp., to pracował
w tym zawodzie również przynajmniej jeden z jego synów, a później także wnuk.
Dzisiaj zdarza się tak, że zanim, ktoś się wyuczy wybranego zawodu ten zawód
znika. Kierunki nauczania stały się z tego powodu bardziej ogólne. Ostatnio na
przykład przeczytałem o „Inżynierii procesami logistycznymi”, ciekawe czy to cokolwiek
znaczy.
Przywiązanie
do miejsca. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu warsztaty, zakłady, sklepy nie zmieniały miejsca, nazwy, branży ani
nawet obsługi. Gdy ktoś chciał na przykład wywołać zdjęcia, wiedział gdzie
szukać fotografa, wiedział gdzie kupić dobry chleb, naprawić buty, itp. Do
dzisiejszego dnia takie wiele lat funkcjonujące punkty zachowały się w pamięci
ludzi, którzy umawiają się „koło ZURT-u”, Chociaż tego ZURT-u nie ma już od
wielu lat. Dzisiaj zdarza się, że w jednym lokalu zmienia się w ciągu roku
kilka sklepów. Trochę się denerwujemy gdy zmienia się nasz znajomy lekarz,
stomatolog, sąsiad. Jest to jednak mały pikuś, bo gdy sami musimy się
przeprowadzić znajdując pracę w innym mieście, przeżywamy zmiany znacznie
głębiej. Trzeba szukać wszystkiego od nowa: szkół dla dzieci, nowych lekarzy,
mechanika do samochodu ....
niedziela, 26 kwietnia 2015
Zdrajca świętym
Nie
wiadomo właściwie dokładnie czy Stanisław ze Szczepanowa, biskup krakowski
wszedł w konflikt z Bolesławem Śmiałym przyłączając się do opozycji
możnowładców zmierzającej do obalenia króla. Być może miał on inne podłoże i
był raczej związany z toczącym się w tamtym czasie sporem między cesarzem i
papieżem o inwestyturę. Bolesław jednak stanął po stronie papieża, trudno zatem
przypuszczać, żeby biskup miał inne zdanie, może więc chodziło o jakieś nadania
i cały konflikt miał podłoże ekonomiczne. W każdym razie cała sprawa stracenia
biskupa krakowskiego nie miała większego wpływu na obalenie i wygnanie króla.
Nie przywiązywał większego znaczenia do tego wydarzenia
Gall Anonim pisząc swoją kronikę 30 lat później. Wprawdzie napisał o nim
zdawkowo, nie wyjaśniając o co poszło, tylko że król za zdradę skazał biskupa
na obcięcie członków. Gdyby ta sprawa
miała jakieś kluczowe znaczenie na pewno napisałby o niej inaczej. Pisząc o
tych wydarzeniach kronikarz był pod podwójną presją. Z jednej strony tworząc
kronikę przebywał na dworze Bolesława Krzywoustego i nie mógł przedstawiać w
zbyt dobrym świetle przedstawiać jego stryja Bolesława Śmiałego, bo właśnie
dzięki jego wygnaniu ojciec Krzywoustego został władcą. Z drugiej strony od
opisywanych wydarzeń minęło dopiero 30 lat, więc żyło jeszcze wielu naocznych
świadków, którzy wiedzieli jak było naprawdę. Dlatego kronikarz tylko o tym
wspomniał, żeby nie narazić się na
niełaskę lub śmieszność.
Poza tym cały problem związany z biskupem Stanisławem nie był ani istotny ani kluczowy. Opozycja
wobec Bolesława Śmiałego była zresztą zbyt potężna i rozgałęziona, żeby spór
króla z biskupem mógł mieć znaczący wpływ na rozwój wydarzeń. Możnowładcom nie
mogło się podobać, że władca rządzi krajem zdecydowanie i samodzielnie, że w
licznych bitwach i interwencjach wygubił ich synów. Stopniowo się od niego
odsuwali i skupiali wokół jego brata Władysława, który nie był ani samodzielny,
ani zdecydowany. Ponadto zawiązali spisek z Czechami, którym Bolesław Śmiały
nie płacił trybutu za Śląsk i z cesarzem niemieckim, z którym walczył przez
cały okres swojego panowania. Świadczy o tym fakt, że natychmiast po wygnaniu
Bolesława Śmiałego Polska zaczęła płacić trybut Czechom, a książę Władysław
nigdy nie starał się o koronę pozostając wiernym lennikiem cesarza.
Biskup
krakowski Wincenty Kadłubek, który pisał kronikę Polski 100 lat po Gallu
Anonimie nie musiał się już przejmować naocznymi świadkami. Nie pisał już nic o
zdradzie swojego poprzednika ani o jego
skazaniu. Stwierdził, że biskupa zabił własnoręcznie król Bolesław Śmiały
podczas odprawiania mszy i wyłącznie za to świętokradztwo wygnano króla z
kraju. Kronika Anonima gdzieś tam sobie leżała w kilku odpisach, a tymczasem
żywy, wpływowy i bogaty biskup rozpowszechniał w Polsce swoją wersję wydarzeń.
Głownie dzięki niemu powstał kult Stanisława, który wreszcie w XIII wieku
został świętym męczennikiem. Przestało być ważne czy zginął za wiarę, czy za
zdradę stanu, czy walcząc o majątek.
niedziela, 12 kwietnia 2015
Promocja Polski, która trwa już 130 lat.
Obraz
Matejki „Sobieski pod Wiedniem” od 1863 roku znajduje się w Watykanie i obecnie
pokazywany jest 30 tysiącom turystów dziennie. Początkowo Krakowianie mieli
inne plany umiejscowienia obrazu, chcieli go kupić od Matejki i pozostawić w
Krakowie. Sam malarz jednak postanowił inaczej, podarował swój obraz papieżowi
w 200 rocznicę bitwy pod Wiedniem jako dar od narodu polskiego. Chociaż treść
wielu jego (Matejki) obrazów świadczy o tym, że Matejko wielkim patriotą był, to
jednak sposób darowania tego obrazu świadczy o tym najbardziej. Oto malarz
przypomina papieżowi i światu chrześcijańskiemu, że to głównie Polacy
przyczynili się do obrony tego chrześcijaństwa przed tureckim islamem.
Przekazuje dar od narodu polskiego w czasie gdy ten naród jęczy pod trzema zaborami.
Papież
Leon XIII miał chyba do Polaków wiele sympatii i skrycie nam sprzyjał, bo z
przyjęcia obrazu uczynnił wielką uroczystość i nawet kazał malarzom ją
uwiecznić. Ponadto przyczynił się do tego, że obraz Matejki został odpowiednio
wyeksponowany i to chyba jemu zawdzięczamy jego udostępnienie zwiedzającym
Watykan turystom.
sobota, 4 kwietnia 2015
Husaria pod Parkanami
Wielu
osobom wydaje się, że bitwa pod Wiedniem, która miała miejsce 12
września 1683 definitywnie rozwiązała problem turecki, zakończyła zagrożenie muzułmańskich Turków
wiszące nad chrześcijańską Europą.
Nic z tych rzeczy. Turcy szachowali Europę
od 1526 roku, od bitwy pod Mohaczem, a właściwie straszliwego pogromu
chrześcijan – w tej bitwie Turcy nie brali żadnych jeńców. Od tamtego czasu
Turcy Osmańscy przez następne 150 lat umacniali się władając praktycznie Europą
Na południe od Karpat. Przewidywano dalszą ich ekspansję w dwóch możliwych
kierunkach, albo na północ przez Bramę Morawską albo na zachód między Alpami i
Karpatami.
Poszli oczywiście na zachód oblegając Wiedeń i
Jan III Sobieski stając na czele sprzymierzonych wojsk chrześcijańskich odgonił
ich od tego miasta. Trudno jednak twierdzić, że było to złamanie potęgi
tureckiej. Co najwyżej sprzymierzeni uzyskali chwilową przewagę taktyczną bo Turcy musieli się dopiero
formować po ucieczce, a sprzymierzeni już dysponowali gotowymi oddziałami.
Turków, być może zdemoralizowanych, uciekła jednak znakomita większość, bo
przecież nie da się wybić zbyt wielu żołnierzy podczas jednej szarży trwającej
podobno około pół godziny.
Strategicznie zagrożenie nadal istniało, Turcy
nadal dysponowali dużymi siłami i nadal władali niepodzielnie na południe od
Karpat. W znacznie większym stopniu niż bitwa pod Wiedniem do upadku Turków, a
raczej do ich wycofania się z Węgier przyczyniło się zwycięstwo pod Parkanami nad Dunajem naprzeciw Ostrzychomia
niespełna miesiąc po bitwie pod Wiedniem. Sprzymierzeni przyparli armię turecką do Dunaju w
wyniku czego zginęło lub potopiło się około 9 tysięcy z 32 tysięcznej armii wrogów chrześcijaństwa. Ten pogrom znaczni osłabił morale Turków, którzy już bez walki wycofali się z Ostrzychomia. W bitwie tej dużą
rolę odegrała z pewnością polska husaria, a fakt, że dowodził nią polski król
potwierdza stojący tam jego pomnik.
poniedziałek, 23 marca 2015
Bohaterowie wyklęci
Nie
przesadzałbym za mocno z gloryfikowaniem wszystkich ludzi, którzy kontynuowali w Polsce
wojnę po wyparciu z kraju hitlerowców. Nic dobrego przecież ich działalność
nikomu nie przyniosła. Nasi obecni publicyści i pisarze mają tendencję do
przeginania faktów w przeciwną stronę niż były one do tej pory przegięte. Tak
to już jest, że nawet historia się zmienia w zależności od punktu widzenia. Nie
można zapominać, że w świetle każdych kryteriów ci panowie byli wrogami,
działającym na szkodę istniejącego już i funkcjonującego państwa oraz
wszystkich jego obywateli, którzy chcieli spokojnie żyć, którzy nie chcieli już
wojny.
Podczas gdy
Czesi stworzyli niedoskonały może pseudo demokratyczny i jak się później
okazało nietrwały rząd wspólnie z komunistami, nasi politycy nie mieli nawet
tyle odwagi, żeby zjawić się w kraju. Manipulowali Polakami siedząc
bezpiecznie w Londynie. Doprowadzili do
śmierci lub uwięzienia wielu wartościowych ludzi, mącąc im a głowach.
Najbardziej na ich propagandę byli oczywiście podatni AK-owcy i ich młodzi
sympatycy, którzy tworzyli oddziały
przypominające raczej bandy. Grabili, żeby jeść, a palili i mordowali, kierując
się własnym osądem. Nie były dla nich istotne przekonania polityczne,
wykształcenie czy przynależność klasowa. Oceniali ludzi według tego co mieli w
kieszeniach i nie chciałbym spotkać żołnierzy takiego na przykład pana Łupaszki
mając przy sobie np. kwit na węgiel z pieczątką, któregoś organu władzy
ludowej. Musiałbym pewnie go zjeść, a w trakcie zjadania prawdopodobnie
zakończyłbym życie zabity strzałem w tył głowy.
IPN podkreśla
legendarny patriotyzm i poświęcenie tych bohaterów. Na podstawie czego jednak
zakłada, że patriotyzm innych, walczących z hitlerowcami żołnierzy niż ci z AK
był mniejszy, mniej ważny? Można tłumaczyć, że za bestialstwa i niegodne
zachowanie poszczególnych oddziałów partyzanckich winę ponoszą brutalni ludzie,
tak zwane czarne owce. Jak jednak wyjaśnić współpracę z hitlerowcami całych
AK-owskich organizacji, która miała miejsce tuż przed wkroczeniem Sowietów? Czy
to też jakoś inaczej pojęty patriotyzm?
O co więc tak
naprawdę ci ludzie walczyli po zakończeniu wojny? Czy na pewno o niepodległość?
IPN teraz twierdzi, że były ich kilkaset tysięcy – zaangażowanych w różnym
stopniu. Według nich około 10 tysięcy zginęło, 21 tysięcy zmarło w więzieniach,
a 5 tysięcy skazano na śmierć, więcej niż połowę wyroków zostało wykonanych. To
smutny fragment naszej historii z drugiej jednak strony trudno sobie wyobrazić
co innego ówczesne władze miałyby z nimi robić. Co mieli zrobić z kimś kto w nocy pali żywcem rodzinę chłopską za to,
że w dzień zajęła część majątku swojego dawnego pana?. My współcześni już nie
czujemy tamtych realiów i nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie strachu i
dezorientacji zwykłych ludzi. W dzień władze państwowe mówiły jedno, a w nocy
„partyzanci” grozili i zabijali. Ludzie byli zmęczeni wojną, pragnęli tylko
spokoju.
czwartek, 12 marca 2015
Muzeum Karela Gotta
Gottland to
czeskie muzeum ale to również bardzo pouczająca książka Mariusza Szczygła o
Czechach, czyli naszych sąsiadach. Każdy powinien ją przeczytać. Czy
wiedziałeś, że Czechosłowacja była jedynym demokratycznym krajem w bloku
socjalistycznym? Aż do lutego 1948 roku. Polski rząd na emigracji odrzucił
wszelką współpracę z sowietami, natomiast czeski podjął negocjacje, jakkolwiek
one wyglądały. Doszło do utworzenia kompromisowego rządu, w którym komuniści
mieli 40% udział. Oczywiście po przewrocie i dojściu do władzy komuniści
zrobili czystkę. Gorszą niż w Polsce. Zniszczyli na przykład wszystkie powieści
w bibliotekach i księgarniach, jako wytwór kapitalizmu odrywający myśli ludzi
od pracy. Przez 10 lat czytanie powieści, a nawet ich posiadanie, było w Czechosłowacji
nielegalne i tępione.
Przez 8 lat stał
w centrum Pragi pomnik Stalina. Monstrualny i granitowy. Do jego budowy użyto
17 tysięcy ton materiałów, czyli betonu, żelaza i granitu.
Podobnie jak z
książkami komuniści rozprawili się z pisarzami, którzy nie mogli już wydawać
żadnych książek, a pracę mogli znaleźć tylko przy sprzątaniu ulic. Okrutne było
to, że dzieci tych pisarzy i innych tego typu „wrogów” ludu nie mogły
studiować. Studia były nagrodą dla dzieci robotników. Aktorzy i muzycy mogli
wykonywać swój zawód jedynie współpracując z reżimem. Wszyscy inni byli
zwalniani i w całym kraju ciężko im było znaleźć jakąkolwiek pracę.
Dlatego dzisiaj
Czesi wytykają tę współpracę Karelowi Gottowi i Helenie Vondráčkovej,
którzy niewątpliwie z komunistami współdziałali. Nie robią tego jednak Czesi
zbyt natarczywie, sami też czują się winni. Każdy przecież kto żył w czasach
komunizmu, czy to w Czechach czy w Polsce musiał w jakiś sposób z komunistami
współpracować, po prostu inaczej nie można było żyć. Dlatego właśnie muzeum
Karela Gotta, utworzone za jego życia jest zawsze pełne ludzi. Większość
Czechów nie chodzi do kościoła, ale przed tym muzeum zawsze są kolejki.
Polscy murzyni
Na Haiti żyją do
dzisiaj bardzo dziwni murzyni, którzy mają jasną karnację, niebieskie oczy,
miewają jasne włosy i europejskie rysy twarzy, niektórzy twierdzą nawet, że są
to rysy słowiańskie. Nazywają siebie i nazywani są przez innych Haitańczyków
Polakami i są nimi w pewnym sensie, będąc potomkami polskich żołnierzy,
wysłanych na Haiti przez Napoleona Bonaparte w celu stłumienia buntu
murzyńskich niewolników w 1803 roku. Na wyspę dotarło kilka tysięcy Polaków,
większość jednak zmarła, głównie z powodu żółtej febry. Tych którzy przeżyli
było kilkuset, po wiernej początkowo służbie francuskim władzom kolonialnym
przeszli na stronę czarnych bojowników o wolność. Po proklamowaniu pierwszej na
świecie czarnej republiki byli jedynymi białymi na wyspie, ponieważ wszystkich
innych białych, którzy nie zdołali uciec murzyni wyłapali i wyrżnęli. Do
Polaków przylgnęło miano zdrajców rasy.
Potomkowie tych
żołnierzy żyją dzisiaj w różnych miejscach kraju, część z nich „rozpuściła się”
w miejscowej ludności i zatraciła pamięć o swoich korzeniach. Zapewne nie
przychodziło im to łatwo, bo w burzliwych dziejach Haiti wiele było momentów, w
których odcień koloru skóry decydował o przeżyciu. Są jednak na tej wyspie do
dzisiaj miejscowości, w których cała ludność ma wspólnych, polskich przodków i
nazwiska, zmodyfikowane wprawdzie ale z widocznym polskim pochodzeniem. Do
jednej z takich miejscowości o nazwie Cazale, dotarł pod koniec lat 90-siątych
XX wieku włoski dziennikarz Riccardo Orizio, co opisał w książce „Zaginione
białe plemiona”. Jest to wioska w trudno dostępnych górach na północy kraju,
bez elektryczności, szkoły, a nawet kościoła. Jej mieszkańcy są bardzo biedni i
znają tylko język kreolski. Oprócz ich europejskich rysów i niebieskich oczu
Orizio zaobserwował u nich polską mentalność. Czują się Polakami i cały czas
czekają, aż przybędzie ktoś z Polski i im pomoże lub ich do Polski zabierze.
Nie jest jednak do końca pewne
czy ich oczekiwania i ciągoty do Polski mają genezę w ich polskim pochodzeniu,
czy też ktoś im je wmówił i je w nich rozbudził, miały bowiem miejsce dwa
bardzo doniosłe w życiu wioski wydarzenia. W 1980 roku przybył do wioski Polak,
który wiele tym ludziom obiecywał powołując się na wspólnych przodków, a nawet
zabrał do Polski jednego z mieszkańców wioski – kapłana voodoo – Amona
Fremona. Przez prawie cały rok obwoził go po Polsce i organizował
potajemnie obrzędy voodoo, od których „Związek Radziecki miał się stać mniej
niezwyciężony”. Drugim wydarzeniem była wizyta papieża Jana Pawła II na Haiti,
władze wyposażyły ich w biało – czerwone chorągiewki i przywiozły na lotnisko,
żeby witali go jako rodaka. Papież obiecał im pomoc.
wtorek, 10 marca 2015
Festung Breslau
Dlaczego Breslau
nazywają „ostatnią twierdzą Hitlera”? Ponieważ ta twierdza broniła się
jeszcze po śmierci wodza i po upadku Berlina.
Stosunkowo
łatwo zrozumieć wściekłość żołnierzy Armii Czerwonej, która zdobywając
miasto poniosła duże straty. Po wejściu na ulice ci dzicy żołdacy mścili
się na budynkach. Zniszczyli i spalili sporą część zabudowy opuszczonego przez
ludność miasta, która przetrwała czas oblężenia. W krótkim okresie – pomiędzy,
zanim niemiecki Breslau stał się polskim Wrocławiem, sowieci spalili ogromny
księgozbiór uniwersytetu. Pewnie niewielu z nich umiało czytać, wystarczył im
fakt, że prawie wszystkie książki były napisane po niemiecku, a więc w języku
przez nich znienawidzonym. Możemy się teraz tylko domyślać, że były wśród tych
książek prawdziwe skarby opisujące historię Śląska od średniowiecza.
Główną przyczyną
zniszczenia miasta było oczywiście już ustanowienie w nim ..., a właściwie
podniesienie go do rangi twierdzy. Nie wszystkie jednak twierdze były bronione
fanatycznie i do końca. Chyba więc powodem nieszczęść jakich doświadczyło
miasto Breslau był jeden człowiek - polityczny wódz twierdzy -, a właściwie jego fanatyzm i nieograniczona
władza. To on dwa razy odwoływał komendantów wojskowych, bo mieli jego zdaniem
za mało zapału do walki. To jego rozkaz sprawił, że zmarło z zimna 90 tysięcy
mieszkańców miasta podczas pieszej ewakuacji. To na jego rozkaz wyburzono
naukową dzielnicę Breslau, żeby zbudować lotnisko. To on zastraszył wszystkich
obrońców twierdzy i żądał od nich walki o każdy budynek.
Gauleiter
Karl Hanke w 1945 roku miał 42 lata, był z wykształcenia piekarzem. Jako
dostojnik partyjny niepodzielnie rządził na Dolnym Śląsku skazując na śmierć
setki osób, czym zasłużył sobie na przydomek kata z Breslau. Do samego końca
swojej obecności w Festung Breslau wymuszał na wermachcie walkę do ostatniej
kropli krwi, nawet wtedy gdy żadna walka nie miała już sensu. Natychmiast po
jego ucieczce z twierdzy komendant wojskowy podjął negocjacje kapitulacyjne.
Gdyby Napoleon miał telefon
Żyjemy w czasach
internetu, telefonii komórkowej i satelitarnej. Czas, w którym informacja
pokonuje odległość między nadawcą i odbiorcą jest bliski zeru i nie jest przy
tym ważne, na której półkuli każdy z nich się znajduje. Telewizyjne i radiowe
serwisy informacyjne docierają wszędzie w tej samej chwili. Wszystkie firmy np.
amerykańskie działające w Europie, niemieckie działające w Afryce, brytyjskie w
Azji .... itd. dowiadują się w jednej i tej samej chwili o wojnie, traktacie
pokojowym, sankcjach nałożonych na jakiś kraj, zmianie ceny ropy, zmianie kursu
dolara i różnych innych rzeczach.
Zanim jednak
upowszechnił się telefon i zanim ludzie położyli kabel na dnie Atlantyku, zanim
rozbudowała się łączność radiowa i wystrzelono satelity komunikacyjne, informacje
wędrowały po świecie powoli. Ich prędkość zależała głównie od prędkości
człowieka, jeźdźca, dyliżansu, statku. Podobno starożytni potrafili przesłać
sygnał na odległość 500 kilometrów w ciągu jednej nocy paląc ognie na
wzgórzach. Treść tego sygnału była jednak mocno ograniczona i musiała być
wcześniej umówiona między nadawcą i odbiorcą. Poza tym taka przesyłka była
mocno uzależniona od warunków atmosferycznych. No i w żaden sposób nie można
było przesłać takiego sygnału przez morze.
Chcąc przesłać
informację przez ocean trzeba było wysłać statek z pocztą. Zdarzało się więc,
że wojna między zamorskimi koloniami np. brytyjskimi, hiszpańskimi,
francuskimi, holenderskimi trwała całe miesiące po zawarciu przez te państwa
pokoju w Europie zanim dotarł do nich statek przywożąc pokój. Bywało też
odwrotnie gdy np. Anglia i Hiszpania rozpoczynały wojnę, a nieświadome tego
kolonie jeszcze długo żyły w pokoju. Takie opóźnienia w komunikacji trwały
dopóty, dopóki w drugiej połowie XIX wieku nie przeciągnięto kabli telegrafu
elektrycznego między Europą i Ameryką Północną po dnie Atlantyku. Czas
przepływu informacji skrócił się z tygodni do minut.
Podczas wojen
napoleońskich telegrafu elektrycznego jeszcze nie było. Napoleon często
korzystał jednak z rozbudowanej sieci semaforowego telegrafu optycznego. W jego
czasach linie stacji przekaźnikowych tego telegrafu łączyły wiele miast we
Francji i innych krajach Europy. Wiele swoich zwycięstw Napoleon Bonaparte
zawdzięcza właśnie łączności telegraficznej.
Można powiedzieć, że dysponował
łącznością, która zapewniała mu przewagę strategiczną, brakowało mu jednak
łączności, która pomogłaby mu w taktyce.
Czy Napoleon
przegrałby bitwę pod Waterloo gdyby dysponował telefonem polowym? Ówczesne pola
bitew toczonych przez kilkaset tysięcy żołnierzy obejmowały dość rozległe
tereny i mając do dyspozycji tylko gońców dowodzący narażony był na to, że w
długim czasie zanim goniec dotrze do celu sytuacja na polu bitwy może ulec
zmianie. W takim przypadku opóźnione wykonanie dostarczonego przez niego
rozkazu stawało się błędem taktycznym. Mimo tych trudności Napoleon podczas
wielu wygranych bitew dowiódł, że jest geniuszem w ich dynamicznym rozgrywaniu.
O ileż skuteczniej mógłby tego dowieść gdyby dysponował zwykłym, polowym
telefonem.
niedziela, 8 marca 2015
Nieczęsto Polacy bili się z Brytyjczykami
Fuengirola to
tak samo dźwięcznie brzmiąca, hiszpańska nazwa jak Samosierra. O bitwie pod
Fuengirolą w 1810 roku mówią, że była to Samosierra polskiej piechoty.
Zdecydowanie mało osób słyszało o bitwie pod Fuengirolą, ale wielu kojarzy o co
chodziło w bitwie pod Samosierrą.
Teraz jest to
wielki kurort śródziemnomorski Costa del Sol ale w 1810 roku w Fuengiroli stał
na wzgórzu nad morzem tylko niewielki, stary zamek, a właściwie kamienny fort
zbudowany kiedyś przez Maurów. To w jego obronie walczyli Polacy z 4 pułku
piechoty Księstwa Warszawskiego, który wchodził w skład Wielkiej Armii
Napoleona. Stoczyli jedną z niewielu bitew, w której żołnierze polscy stanęli
przeciw brytyjskiej piechocie morskiej.
Nie pomogła im
przewag liczebna. Właściwie nie wiadomo dokładnie ilu było żołnierzy angielskich.
Różne relacje wymieniają różne liczby. Wiadomo, że w pierwszym dniu bitwy było
ich nie mniej nią 1000, może 1500. Do tego byli wspomagani przez nie wymienianą
nigdzie liczbę partyzantów hiszpańskich. W nocy ściągnęli z okrętów 5 dział i
kilkudziesięciu artylerzystów, a w drugim dniu bitwy wylądował kolejny 1000
żołnierzy z nowo przybyłego okrętu. Polskich żołnierzy było na początku bitwy
100, stanowili załogę fortu i przyjęli na siebie pierwsze uderzenie. W nocy
Polaków wzmocniło 60 żołnierzy z pobliskiego garnizonu, a dopiero w połowie
drugiego dnia do bitwy włączył się kolejny polski garnizon w sile 200 żołnierzy
piechoty i 40 francuskich dragonów.
Nie pomogła im
również miażdżąca przewaga w sprzęcie. Podczas trwania bitwy w pobliżu fortu
stało na morzu kilka okrętów wojennych, które ostrzeliwały obrońców z
kilkudziesięciu dział. Ponadto Anglicy ściągnęli na brzeg duże działa burzące.
Polscy żołnierze mieli tyko 4 małe i stare armatki, które nie mogły zagrozić
okrętom.
Polscy żołnierze
obronili wybrzeże, zmusili brytyjski desant do odwrotu, a właściwie ucieczki.
Zdobyli 5 dział i dużą ilość karabinów, a wśród wziętych do niewoli znalazł się
dowódca desantu, angielski lord, generał. Jego szabla znajduje się w Krakowie w
Muzeum Czartoryskich.
Warownia morskich zbójów
Jomsborg -
legendarna warownia Wikingów, podobno głównie Duńczyków, usytuowana na wyspie
Wolin przy ujściu Odry do Bałtyku którą zdobył i uzależnił od siebie władca
Polski. Niby dalej byli niezależni ale podobno Bolesław Chrobry przy ich pomocy
rządził północą i jego wysłannicy docierali nawet do Wysp Brytyjskich. Warowna
przystań Jomsborga miała pomieścić nawet 300 ówczesnych statków.
Wszyscy
polscy historycy są przekonani, że warownia rzeczywiście istniała. Różni polscy
pisarze umieścili Jomsborg w licznych powieściach, chociaż przyznają, że
istniał tylko około 200 lat. Archeolodzy znaleźli na wyspie Wolin ślady
wczesnośredniowiecznej osady z X wieku, ale trudno jednoznacznie stwierdzić czy
chodzi tu o legendarny Jomsborg.
Zdania
historyków niepolskich są podzielone. Niektórzy twierdzą, że Polacy wysnuwają
zbyt daleko idące wnioski z marnych przesłanek. Jedyne wzmianki o Jomsborgu
pochodzą z kilku sag skandynawskich, które były mało konkretne. Poza tym zanim
zostały spisane, długo funkcjonowały jako przekazy ustne co mogło być przyczyną
przekłamań. Oprócz sag tylko jeden kronikarz z Bremy pisał w XI wieku o osadzie
przy ujściu Odry.
Niezależnie
jednak od tego czy Jomsborg istniał naprawdę czy jest tylko wymysłem, znalazł
już sobie miejsce w polskiej świadomości. Podobnie jak Kmicic. Słowo Jomsborg
znajduje się w nazwach różnych firm i stowarzyszeń, także na Facebooku.
wtorek, 3 marca 2015
Święte żywioły
Dwie powieści fantastyczne, jedna o alternatywnej historii, druga o alternatywach przyszłości ludzkości. Łączy je tylko miejsce akcji – Zachodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych, pewnie oboje autorzy pochodzą z tamtych stron. Poza tym wszystko wydaje się je dzielić. Akcja „Człowieka z Wysokiego Zamku”, Którą napisał Philip Dick na początku lat 60-siątych XX wieku toczy się w wieku XX. Akcja „Piątego świętego żywiołu” napisana przez autorkę, która używa pseudonimu Starhawk na początku lat 90-siątych XX wieku toczy się w połowie XXI wieku.
Dick opisuje
historię alternatywną, czyli co by było gdyby to faszyści wygrali II wojnę
światową. Ameryka podzielona jest na dwie strefy wpływów – niemiecką i
japońską. Zachodnie Wybrzeże przypadło w udziale Japonii. Nie wiem skąd autor
wziął pomysł, ale w tej alternatywnej rzeczywistości Japończycy - okupanci
niezwykle cenią wszelkie pamiątki pochodzące z przeszłości Stanów
Zjednoczonych. Nazywają te przedmioty rękodziełem artystycznym i gotowi są
płacić za nie duże pieniądze. Kwitnie handel tymi przedmiotami i powstają
nielegalne wytwórnie replik takich przedmiotów jak na przykład rewolwery z
wojny secesyjnej. Japońscy okupanci z kolei zaszczepili Amerykanom wiarę w
przeznaczenie i posługiwanie się wyrocznią przed podjęciem każdej decyzji.
Bardzo popularna jest wśród okupowanych Amerykanów napisana przez tytułowego
Człowieka z Wysokiego Zamku powieść o tym, że naziści przegrali wojnę.
W strefie
okupowanej przez Niemców książka jest nielegalna, a jej czytanie zakazane. Dick
przedstawia czytelnikowi sytuację w tej strefie tylko pośrednio. Z rozmów i
wspomnień bohaterów wyłania się bardzo złowieszczy obraz powszechnych obozów
pracy, eksterminacji Żydów i Murzynów. W jednym z fragmentów autor wspomina o
całkowitej likwidacji ludności Afryki w wyniku nazistowskich eksperymentów.
Starhawk
natomiast przedstawiła dwa skrajne systemy, do stworzenia których zmierza jej
zdaniem ludzkość. Jeden system to totalna utopia. Kolorowa wizja demokracji i
zgody ludzi wszystkich ras i religii, którzy żyją zgodnie z naturą i próbują
oczyścić skażoną przez chciwość i przemysł Ziemię. Wierzą, że woda, powietrze,
ogień i ziemia to Święte Żywioły, których nikt nie może zawłaszczyć i które
każdemu należą się za darmo.
Drugi system to
totalny koszmar. Wizja totalitarnie rządzonego społeczeństwa, w którym nic nie
jest za darmo, w którym bogaci pływają w basenach, a tuż za ogrodzeniem ich
posiadłości biedacy umierają z pragnienia. Systemu, który pozbawia biednych
wszystkich praw i w którym przeprowadza się na ludziach eksperymenty, na
przykład hodując żołnierzy. Treścią powieści jest konfrontacja tych dwóch
systemów.
czwartek, 12 lutego 2015
Kobieta, za którą walczyli Wikingowie
„Saga o Jarlu Broniszu” to piękna opowieść
pisana ku pokrzepieniu serc podczas okupacji hitlerowskiej, ballada o czasach
dawnych. W czasach średniowiecza młodymi państwami chrześcijańskimi rządzili
władcy i ich rodziny. W rodzinach władców i królów bardzo istotnym, faktem było
to kto jest czyim synem, bratem, siostrą.... Zdarzało się, że jedna rodzina
rządziła kilkoma krajami, a interesy dynastii były sprzeczne z interesami
poszczególnych państw. W tamtych dawnych czasach również funkcjonowała
korupcja, dokonywano zbrodni, zdrady, wiarołomstwa, posługiwano się kłamstwem,
jednak nie było to wcale zjawiskiem powszechnym. Była jakaś równowaga, jakaś
druga strona medalu. Żyło wtedy wielu ludzi honorowych, którzy byli lojalni i
nieprzekupni, brzydzili się zdradą i kłamstwem. O początkach polskiej
państwowości w tamtych trudnych czasach opowiada „Saga o Jarlu
Broniszu”, ale nie tylko ona. W czasach PRL-u ten sam temat dużo poważniej podjął Karol Bunsch, a w ostatnich latach zajęła się nim Elżbieta Cherezińska.
Bolesław Chrobry zabiegał wtedy o koronę,
a nieocenioną pomoc w tych staraniach niosły mu dwie kobiety:
ciotka Adelajda – królowa Węgier i siostra Świętosława – królowa Północy:
najpierw Szwecji, później Danii. Ludzie nie dożywali wtedy późnej starości,
więc ich dokonania podczas krótkiego życia muszą budzić podziw. Zwłaszcza
ogromny podziw budzi dzielność kobiety, która wydana w młodym wieku za mąż
królowi Szwecji, wcale nie zechciała być potulną kurą domową jak inne jej
współczesne kobiety. Żyjąc wśród groźnych i raczej gruboskórnych Wikingów,
potrafiła sobie zdobyć ich uznanie i szacunek, a nawet posłuch. Urodziła syna,
który został królem Szwecji, a po śmierci męża przypieczętowała przymierze z
Danią poślubiając jej króla. Jemu też urodziła dwóch synów, którzy później byli
królami Danii. Być może brała udział w podboju Anglii, dokonanym przez swego
syna Kanuta Wielkiego króla Danii. Wszystkich tych czynów dokonała podczas
krótkiego, około 50-letniego życia.
Długo jeszcze po śmierci żyła w skandynawskich
sagach i legendach. Opiewali ją jako piękną Sygrydę Storradę – ten przydomek
zyskała podobno po tym jak kazała żywcem spalić jakiegoś pomniejszego władcę,
który ośmielił się ubiegać o jej względy. Sagi są jednak zwodnicze i fakty
mieszają się w nich z fantazją. Niektórzy historycy twierdzą, że nie wszystkie
sagi o Sygrydzie dotyczą tej samej osoby.
Historia? a kogo to dzisiaj obchodzi?
Zauważyłem, że internauci, zwłaszcza młodzi, są na ogół
dość odporni na historię. Nie zrażam się tym ale i nie dziwię. Tak zwane szkoły
wyższe, skomercjalizowały się i w pogoni za kasą nie widzą powodu, żeby
wydatkować środki na jakiekolwiek badania historyczne. Wydawcy książek również
działają wolnorynkowo, zamiast opracowań historycznych wydają raczej instrukcje
obsługi programów komputerowych lub kolejne interpretacje ciągle zmieniających
się przepisów. Nikt nie ma pieniędzy ani czasu na historię, zwłaszcza taką
której nie da się pokazać za pomocą kilku zdjęć lub krótkiego filmiku. Nie
dziwię się więc młodym ludziom, których cała rzeczywistość zdaje się odciągać
nie tylko od historii ale również od prawdziwego życia. Być może gdzieś tu tkwi
błąd, bo gdy w zimie spadło trochę śniegu, widziałem ile frajdy sprawiało
dzieciakom zwykłe ale prawdziwe zjeżdżanie z górki na sankach. Nawet tym
dzieciom, które zazwyczaj cały swój wolny czas spędzają w świecie
nieprawdziwym, siedząc przed komputerem.
Wszystko to jest przyczyną faktu, że jedyne
opracowania historyczne, którymi dysponujemy, pochodzą z okresu PRL-u i same te
opracowania powoli stają się historią. Taką właśnie pozycją jest „Bitwa pod
Koronowem 10 X 1410”
Sama bitwa była wydarzeniem dość istotnym
z dwóch powodów:
1. Miała miejsce w 3 miesiące po bitwie pod Grunwaldem i chociaż
brało w niej udział znacznie mniej osób, być może była dla losów Polski
ważniejsza niż Grunwald. Powstrzymała najazd krzyżaków, który nastąpił w bardzo
niedogodnym dla Jagiełły momencie, gdy całe rycerstwo walczące pod Grunwaldem
rozjechało się do domów zniechęcone obleganiem Malborka. Rycerstwo było w
tamtych czasach w Polsce zbierane na zasadach pospolitego ruszenia i żadna siła
nie mogła ich powstrzymać przed rozejściem się, zwłaszcza po wygranej bitwie.
Pod Koronowo Jagiełło wysłał tylko swoich przybocznych, którzy go nie opuścili
i rycerstwo z Wielkopolski, które zdążył zebrać,
2, Bitwa pod Koronowem nazywana jest ostatnią bitwą średniowiecznej
Europy Wszystkie, które nastąpiły później, a także bitwa pod Grunwaldem, która
miała miejsce wcześniej, były rozstrzygane przez taktykę i zmasowane ataki
poszczególnych oddziałów. Podczas bitwy pod Koronowem walczyli rycerze
brandenburscy z rycerzami wielkopolskimi, robiąc sobie przerwy gdy się
zmęczyli.
poniedziałek, 2 lutego 2015
Bitwa pod Grunwaldem
Zwiedzanie zamku w Malborku, a także innych zamków krzyżackich
rozbudziło moją wyobraźnię, tak bardzo że aż postanowiłem trochę pogdybać, a
także poczytać trochę co sądzą o krzyżakach historycy. Sam historykiem nie
jestem ale może to i lepiej. Dzięki temu nie zawracam sobie głowy nudnymi
datami i tak zwanymi tekstami źródłowymi, które tylko gmatwają obraz
sytuacji, bo jak wiadomo każdy kronikarz ma jakieś swoje racje, no i oczywiście
sponsora.
Jak to się stało,
że po wybiciu większości rycerzy zakonnych w bitwie pod Grunwaldem Polacy
pozwolili na odrodzenie się państwa zakonnego? Przecież bezpośrednio po tej
bitwie była najlepsza okazja, żeby to państwo całkowicie zlikwidować. Zapewne
nie powstałyby wtedy Prusy, które wzięły dość aktywny udział w rozbiorach
Polski. Henryk Sienkiewicz napisał w „Krzyżakach”, że pod Grunwaldem poległo
600 braci zakonnych, ale aż tylu to ich w Polsce nie było. Na terenie państwa
zakonnego było niewiele więcej niż 20 komturii, a w każdej komturii
teoretycznie funkcjonował jeden komtur i 12 braci zakonnych, na wzór 12
apostołów. W praktyce bywało różnie, ale można chyba przyjąć liczbę 12 za
średnią. Według tego rachunku rycerzy zakonnych było w całym państwie około 300
z czego około 250 brało podobno udział w bitwie pod Grunwaldem, a 203 tam
poległo, oczywiście też podobno.
Całą
resztę osób walczących po stronie krzyżaków – podobno około 38 tysięcy (różne
opracowania podają różne liczby) można nazwać żołnierzami zawodowymi. Byli to
knechci zakonni, goście krzyżaccy, ale również najemnicy z państw niemieckich,
Śląska, Czech i Moraw. Była to więc bitwa wielu narodów, bo i po polskiej
stronie oprócz Litwinów również brało udział wielu Czechów, na przykład słynny
skądinąd Jan Żiżka. Mniejsza zresztą o szczegóły, faktem jest, że większość
krzyżaków, w tym najważniejsze osoby w państwie oraz prawie cała siła militarna
poległa na polach grunwaldzkich. Szkoda, że nie udało się Jagielle doprowadzić
do całkowitej klęski Zakonu. Było blisko i chociaż polscy historycy za nie
wykorzystanie zwycięstwa pod Grunwaldem obwiniają właśnie Jagiełłę i jego
niezdecydowanie, wcale nie jest to takie jasne. Zarówno Sienkiewicz jak i
nauczyciele historii w szkołach wyrabiają w kolejnych młodych Polakach
przekonanie o słabości i ciągłych wahaniach całkiem bystrego moim zdaniem
króla, a niewiele albo wcale nie wspominają o ograniczających go
uzależnieniach.
Pospolite
ruszenie to nie armia, prawie nikogo z ludzi, którzy bili się pod
Grunwaldem po polskiej stronie nie można nazwać żołnierzem, a już tym bardziej
żołnierzem króla. W zasadzie król dowodził bezpośrednio tylko swoimi rycerzami
przybocznymi i tylko na nich mógł zawsze liczyć. Zapewne długo po wygranej
bitwie musiał przekonywać wszystkich możnowładców, żeby jednak maszerować pod
Malbork. W trakcie tych przekomarzań prawdopodobnie odszedł zniecierpliwiony
kniaź Witold wraz ze wszystkimi wojownikami litewskimi, bo nikt nie wspomina
jakoś, że był pod Malborkiem. Po krótkim obleganiu twierdzy panowie rycerze,
książęta, itd. postanowili rozjechać się do domów i żadna siła nie była w
stanie tego postanowienia zmienić. Jagiełło pozostał na Pomorzu sam ze swymi
przybocznymi i żeby odeprzeć kontruderzenie krzyżaków w bitwie pod Koronowem
musiał zorganizować całkiem nową „armię”, tym razem spośród Wielkopolan.
Nie
można też wykluczyć tego, że sami krzyżacy mieli swój udział w skłóceniu
Polaków, żeby nie dopuścić do zdobycia Malborka. Mieli przecież dobrze
rozwinięty wywiad, mieli swoich ludzi przy papieżu i przy cesarzu, czy dziwnym
by było gdyby mieli ich wśród polskich możnowładców? Krzyżacy jako jedyny zakon rycerski dzięki dobrym stosunkom z papiestwem uzyskali taki przywilej, że mogli
przyjmować do swoich szeregów ludzi wyjętych spod prawa: morderców i bandytów,
byle by tylko mieli rycerskie pochodzenie. Czyniło to z nich coś w rodzaju
średniowiecznej legii cudzoziemskiej, ale chyba nie przysparzało im sympatii
innych zakonów.
sobota, 24 stycznia 2015
Wielki dzień małej floty
Bitwa pod Oliwą to raczej drobna potyczka o niewielkim
znaczeniu dla losów wojny, jednak jej propagandowe znaczenie było ogromne.
Pojawienie się na Bałtyku polskiej floty wojennej, było dla Szwedów wyraźnym
znakiem, że to morze nie jest jeszcze wewnętrznym szwedzkim jeziorem. Okazało
się, że niewielka flota wojenna polskiego króla, pomimo że nie miała żadnych
morskich tradycji, potrafi skutecznie działać przeciwko dobrze zorganizowanej
flocie szwedzkiej, posiadającej bogatą historię obecności na morzu.
Polski król miał jednak zbyt słabą pozycję, żeby wymusić na
szlachcie dłuższe finansowanie tej floty. Poza tym powstała ona wbrew woli
rajców gdańskich i była solą w oku wszystkich kupców hanzeatyckich, którzy
uważali, że wojna szkodzi interesom. Kupcy i ich pieniądze miały duży wpływ na
skrócenie żywota polskiej floty wojennej, Miała ona jednak swój wielki dzień 28
listopada 1627 roku, kiedy to w potyczce pod Oliwą zdobyła szwedzki okręt
„Tigern” i zniszczyła „Solen”.
„Galeony wojny” to powieść historyczna Jacka Komudy opisująca polską flotę wojenną tego okresu i liczne jej bolączki. Ten
młody człowiek pasjonuje się historią i tradycjami oręża polskiego, ponieważ
jednak niewiele osób sięga po książki historyczne Komuda w każdą swoją powieść
wplata wątek sensacyjno kryminalny. Akcje jego powieści toczą się przeważnie na
kozaczyźnie i kresach wschodnich. Niepochlebnie wyraża się o Henryku
Sienkiewiczu i braku jego znajomości historii i obyczajów szlachty polskiej. Moim zdaniem całkiem niepotrzebnie, bo
przecież Sienkiewicz wcale nie był historykiem. W czasach kiedy pisał trylogię
Polska przecież nie istniała. Sienkiewicz
nie miał na celu opisania wydarzeń historycznych, tylko wzbudzenie świadomości
narodowej. Pokrzepienie serc jak mówią niektórzy. Moim zdaniem udało mu się
znakomicie.
"Sabaton" nie zaśpiewa o bitwie pod Kircholmem
„Żadna armia nie stanie na ziemi bronionej przez Polskie
Wojsko, dopóki nie przypadnie czterdziestu najeźdźców na jednego obrońcę”.
Bardzo piękne i patriotyczne słowa. Wzniosłe. Można powiedzieć, że godne
polskiego utworu. Sławiącego polski naród.
Tymczasem to szwedzka kapela rockowa „Sabaton” zajęła się promowaniem
bohaterstwa polskich żołnierzy w kampanii wrześniowej. Dlaczego nie robią tego
sami Polacy? Czyżby ze skromności ? Przecież w naszej historii wiele jest
przykładów, z których możemy być dumni i wszyscy poczulibyśmy się lepiej, gdyby
zostały one rozpropagowane i wypromowane, niekoniecznie przez obcych.
To zastanawiające dlaczego wielkie historyczne bitwy, w
których Polacy odegrali chwalebną rolę, na przykład: bitwa pod Chocimiem, pod
Mokrą lub nad Bzurą itp. nie stały się jeszcze tematem filmów lub innych
publikacji propagandowych. Wpłynęłoby to na pewno na naszą świadomość narodową
i pozwoliłoby poczuć dumę z tego, że jesteśmy Polakami. Funkcjonuje w naszym
kraju Instytut Pamięci Narodowej ale działa on jakby w drugą stronę. Nie możemy
być dumni z postaci, które on wytropi. Szkoda, że IPN działa w taki sposób.
Trudno przecież wymagać od innych narodów sławienia polskiego oręża. Szwedzki
zespół raczej nie wykona utworu o klęsce Szwedów i to takiej klęsce jak na
przykład pod Kircholmem. Chodkiewicz z małą armią polską, pokonał 3 razy
większą armię Szwedów i wybił ich. Po bitwie naliczono podobno 100 zabitych
Polaków i 9.000 Szwedów, było więc 90 zabitych na 1.
Doczekało się ekranizacji wiele dzieł literackich, prawie każdy wie kto to był
Kmicic, chociaż go nigdy nie było, ale już nie tak wielu wie kto to był
Chodkiewicz. Prawie w każdym polskim mieście jest ulica Chodkiewicza ale gdy
zapytasz na przykład jakiegoś studenta kim on właściwie był, to nie wiem co Ci
odpowie. To filmy a nie książki są dzisiaj nośnikiem wiedzy, także historycznej
niestety nie wszyscy mają świadomość, że są one także elementem propagandy i
nigdy nie przedstawiają całkowitej prawdy. Nawet filmy dokumentalne pokazują
tylko tę część prawdy, którą chciał nam pokazać producent.
Dziwnym może się wydawać, że podczas gdy o polskim wojsku i
jego działaniach powstało w Polsce mniej filmów niż o zwycięstwach wojsk
radzieckich. Za sprawą „Czterech pancernych” więcej przecież wiemy o ofensywach
sowietów niż o kampanii wrześniowej. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że film
powstał w Polsce Ludowej i przedstawiona w nim wersja historii odpowiada tamtej
władzy, której już nie ma. Może więc nadszedł już czas, żeby w końcu
przedstawić polską wersję wydarzeń. Pokazać na filmie jak naprawdę wyglądało
„wyzwolenie” Polski przez armię radziecką.
wtorek, 20 stycznia 2015
Wojna trwa zawsze na Kaukazie
Zawsze byłem zafascynowany reportażami Ryszarda
Kapuścińskiego. Imponowało mi, że on, dziennikarz z Polski miał okazję
rozmawiać z takimi ludźmi jak Idi Amin, Haile Sellasje czy Luis Armstrong.
Pochłaniałem jego relacje z Ameryki Południowej i Afryki, a także te zza naszej
wschodniej granicy, bo Kapuściński i tam podróżował. Ze swojej pierwszej swojej
podróży do Związku Radzieckiego napisał zbiór reportaży „Kirgiz schodzi z
konia”, później był tam jeszcze raz i napisał „Imperium” - reportaże o upadku
ZSRR.
O ile jednak Kapuściński odbywał podróże do odłączających
się republik, to inny nasz rodak Wojciech Jagielski po prostu tam przebywał,
głównie na Kaukazie. Podczas gdy większość korespondentów wojennych z całego
świata jeździła na Bałkany obserwować wojnę w byłej Jugosławii, on całe
miesiące spędzał w Tbilisi, Erewanie, Baku, Machaczkale, Groznym, itd.
Nawiązywał znajomości, rozmawiał z ludźmi, opłacał ochronę na terenach objętych
konfliktem. Na terenie całego Kaukazu porywanie ludzi dla okupu stało się
powszechnym i bardzo dochodowym procederem.
Jagielski opisał swoje kaukaskie spostrzeżenia w dwóch
książkach „Dobre miejsce do umierania” i „Wieże z kamienia”, które pozwalają, przynajmniej mi pozwoliły, pogłębić
i uporządkować wiedzę o tym zakątku świata. Nie muszę już bezkrytycznie wierzyć
w chaotyczne doniesienia mediów na temat incydentów w tym rejonie. Na Kaukazie
na terytorium nie większym od Polski żyje około stu bardzo wojowniczych i
kłótliwych narodów, które wyznają różne religie. Czasami nawet część jednego
chrześcijańskiego narodu zmienia wyznanie i staje się muzułmanami, jak na
przykład Adżarowie w Gruzji.
Dlatego wojna na Kaukazie tli się zawsze i tłumiona jest
tylko przez żelazną rękę okupanta. Dopóki okupantem było imperium rosyjskie był
tam względny spokój, ale gdy osłabło konflikty wybuchły z nową siłą. Nowo
powstałe imperium radzieckie musiało Kaukaz od początku podbijać. Dopóki było
mocne trwał pokój, a gdy zaczęło słabnąć, drżeć w posadach i rozpadać się na
Kaukazie znowu zawrzało. Generałowie rosyjscy umiejętnie wykorzystują i
podsycają nastroje narodowościowe, żeby jak najwięcej uzyskać dla siebie.
Dużo musieli wycierpieć Ingusze. Po zakończeniu II wojny
światowej Stalin wygnał z Kaukazu całe narody, które jego zdaniem wykazały zbyt
słabą wolę walki w obliczu zbliżających się wojsk hitlerowskich. Zesłał te
narody, wśród nich Inguszy na pustynie Kazachstanu i na Syberię. Połowa
zesłańców wyginęła, jednak minął czas Stalina i władze pozwoliły zesłanym
narodom wrócić na Kaukaz. Okazało się wtedy, że podczas gdy Czeczeni na
przykład zastali swoje domy zapuszczone, a pola zarośnięte, to Ingusze nie
zastali ich wcale, bo podczas ich nieobecności część ich ziem znalazła się w
granicach Osetii.
Sporo wycierpieli również Ormianie, jedni z pierwszych
chrześcijan, którzy uważają się za bezpośrednich potomków Noego, ponieważ w
okolicach Armenii osiadła po potopie biblijna Arka. Po pogromach w Turcji na
początku XX wieku, w których zginęło ich około 1,5 miliona, rozeszli się po
całym świecie. Jednak gdy pogromy zaczęli urządzać Azerowie spokrewnieni z
Turkami, Ormianie powiedzieli – dość i chwycili za broń. Wygnali mniejszość
Azerską z Górskiego Karabachu i pomimo, że oficjalnie jest on częścią
Azerbwejdżanu, w rzeczywistości jest autonomiczny. Obecnie można do Górskiego
Karabachu wjechać tylko od strony Armenii, bo granica z Azerbejdżanem jest
zamknięta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









.jpg)














