poniedziałek, 23 marca 2015

Bohaterowie wyklęci

Nie przesadzałbym za mocno z gloryfikowaniem wszystkich ludzi, którzy kontynuowali w Polsce wojnę po wyparciu z kraju hitlerowców. Nic dobrego przecież ich działalność nikomu nie przyniosła. Nasi obecni publicyści i pisarze mają tendencję do przeginania faktów w przeciwną stronę niż były one do tej pory przegięte. Tak to już jest, że nawet historia się zmienia w zależności od punktu widzenia. Nie można zapominać, że w świetle każdych kryteriów ci panowie byli wrogami, działającym na szkodę istniejącego już i funkcjonującego państwa oraz wszystkich jego obywateli, którzy chcieli spokojnie żyć, którzy nie chcieli już wojny.
Podczas gdy Czesi stworzyli niedoskonały może pseudo demokratyczny i jak się później okazało nietrwały rząd wspólnie z komunistami, nasi politycy nie mieli nawet tyle odwagi, żeby zjawić się w kraju. Manipulowali Polakami siedząc bezpiecznie  w Londynie. Doprowadzili do śmierci lub uwięzienia wielu wartościowych ludzi, mącąc im a głowach. Najbardziej na ich propagandę byli oczywiście podatni AK-owcy i ich młodzi sympatycy,  którzy tworzyli oddziały przypominające raczej bandy. Grabili, żeby jeść, a palili i mordowali, kierując się własnym osądem. Nie były dla nich istotne przekonania polityczne, wykształcenie czy przynależność klasowa. Oceniali ludzi według tego co mieli w kieszeniach i nie chciałbym spotkać żołnierzy takiego na przykład pana Łupaszki mając przy sobie np. kwit na węgiel z pieczątką, któregoś organu władzy ludowej. Musiałbym pewnie go zjeść, a w trakcie zjadania prawdopodobnie zakończyłbym życie zabity strzałem w tył głowy.
IPN podkreśla legendarny patriotyzm i poświęcenie tych bohaterów. Na podstawie czego jednak zakłada, że patriotyzm innych, walczących z hitlerowcami żołnierzy niż ci z AK był mniejszy, mniej ważny? Można tłumaczyć, że za bestialstwa i niegodne zachowanie poszczególnych oddziałów partyzanckich winę ponoszą brutalni ludzie, tak zwane czarne owce. Jak jednak wyjaśnić współpracę z hitlerowcami całych AK-owskich organizacji, która miała miejsce tuż przed wkroczeniem Sowietów? Czy to też jakoś inaczej pojęty patriotyzm?


O co więc tak naprawdę ci ludzie walczyli po zakończeniu wojny? Czy na pewno o niepodległość? IPN teraz twierdzi, że były ich kilkaset tysięcy – zaangażowanych w różnym stopniu. Według nich około 10 tysięcy zginęło, 21 tysięcy zmarło w więzieniach, a 5 tysięcy skazano na śmierć, więcej niż połowę wyroków zostało wykonanych. To smutny fragment naszej historii z drugiej jednak strony trudno sobie wyobrazić co innego ówczesne władze miałyby z nimi robić.  Co mieli zrobić z kimś kto w nocy pali żywcem rodzinę chłopską za to, że w dzień zajęła część majątku swojego dawnego pana?. My współcześni już nie czujemy tamtych realiów i nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie strachu i dezorientacji zwykłych ludzi. W dzień władze państwowe mówiły jedno, a w nocy „partyzanci” grozili i zabijali. Ludzie byli zmęczeni wojną, pragnęli tylko spokoju.

czwartek, 12 marca 2015

Muzeum Karela Gotta

Gottland to czeskie muzeum ale to również bardzo pouczająca książka Mariusza Szczygła o Czechach, czyli naszych sąsiadach. Każdy powinien ją przeczytać. Czy wiedziałeś, że Czechosłowacja była jedynym demokratycznym krajem w bloku socjalistycznym? Aż do lutego 1948 roku. Polski rząd na emigracji odrzucił wszelką współpracę z sowietami, natomiast czeski podjął negocjacje, jakkolwiek one wyglądały. Doszło do utworzenia kompromisowego rządu, w którym komuniści mieli 40% udział. Oczywiście po przewrocie i dojściu do władzy komuniści zrobili czystkę. Gorszą niż w Polsce. Zniszczyli na przykład wszystkie powieści w bibliotekach i księgarniach, jako wytwór kapitalizmu odrywający myśli ludzi od pracy. Przez 10 lat czytanie powieści, a nawet ich posiadanie, było w Czechosłowacji nielegalne i tępione.

Przez 8 lat stał w centrum Pragi pomnik Stalina. Monstrualny i granitowy. Do jego budowy użyto 17 tysięcy ton materiałów, czyli betonu, żelaza i granitu.


Podobnie jak z książkami komuniści rozprawili się z pisarzami, którzy nie mogli już wydawać żadnych książek, a pracę mogli znaleźć tylko przy sprzątaniu ulic. Okrutne było to, że dzieci tych pisarzy i innych tego typu „wrogów” ludu nie mogły studiować. Studia były nagrodą dla dzieci robotników. Aktorzy i muzycy mogli wykonywać swój zawód jedynie współpracując z reżimem. Wszyscy inni byli zwalniani i w całym kraju ciężko im było znaleźć jakąkolwiek pracę.

Dlatego dzisiaj Czesi wytykają tę współpracę Karelowi Gottowi i Helenie Vondráčkovej, którzy niewątpliwie z komunistami współdziałali. Nie robią tego jednak Czesi zbyt natarczywie, sami też czują się winni. Każdy przecież kto żył w czasach komunizmu, czy to w Czechach czy w Polsce musiał w jakiś sposób z komunistami współpracować, po prostu inaczej nie można było żyć. Dlatego właśnie muzeum Karela Gotta, utworzone za jego życia jest zawsze pełne ludzi. Większość Czechów nie chodzi do kościoła, ale przed tym muzeum zawsze są kolejki.


Polscy murzyni

Na Haiti żyją do dzisiaj bardzo dziwni murzyni, którzy mają jasną karnację, niebieskie oczy, miewają jasne włosy i europejskie rysy twarzy, niektórzy twierdzą nawet, że są to rysy słowiańskie. Nazywają siebie i nazywani są przez innych Haitańczyków Polakami i są nimi w pewnym sensie, będąc potomkami polskich żołnierzy, wysłanych na Haiti przez Napoleona Bonaparte w celu stłumienia buntu murzyńskich niewolników w 1803 roku. Na wyspę dotarło kilka tysięcy Polaków, większość jednak zmarła, głównie z powodu żółtej febry. Tych którzy przeżyli było kilkuset, po wiernej początkowo służbie francuskim władzom kolonialnym przeszli na stronę czarnych bojowników o wolność. Po proklamowaniu pierwszej na świecie czarnej republiki byli jedynymi białymi na wyspie, ponieważ wszystkich innych białych, którzy nie zdołali uciec murzyni wyłapali i wyrżnęli. Do Polaków przylgnęło miano zdrajców rasy.
Potomkowie tych żołnierzy żyją dzisiaj w różnych miejscach kraju, część z nich „rozpuściła się” w miejscowej ludności i zatraciła pamięć o swoich korzeniach. Zapewne nie przychodziło im to łatwo, bo w burzliwych dziejach Haiti wiele było momentów, w których odcień koloru skóry decydował o przeżyciu. Są jednak na tej wyspie do dzisiaj miejscowości, w których cała ludność ma wspólnych, polskich przodków i nazwiska, zmodyfikowane wprawdzie ale z widocznym polskim pochodzeniem. Do jednej z takich miejscowości o nazwie Cazale, dotarł pod koniec lat 90-siątych XX wieku włoski dziennikarz Riccardo Orizio, co opisał w książce „Zaginione białe plemiona”. Jest to wioska w trudno dostępnych górach na północy kraju, bez elektryczności, szkoły, a nawet kościoła. Jej mieszkańcy są bardzo biedni i znają tylko język kreolski. Oprócz ich europejskich rysów i niebieskich oczu Orizio zaobserwował u nich polską mentalność. Czują się Polakami i cały czas czekają, aż przybędzie ktoś z Polski i im pomoże lub ich do Polski zabierze.



Nie jest jednak do końca pewne czy ich oczekiwania i ciągoty do Polski mają genezę w ich polskim pochodzeniu, czy też ktoś im je wmówił i je w nich rozbudził, miały bowiem miejsce dwa bardzo doniosłe w życiu wioski wydarzenia. W 1980 roku przybył do wioski Polak, który wiele tym ludziom obiecywał powołując się na wspólnych przodków, a nawet zabrał do Polski jednego z mieszkańców wioski – kapłana voodoo – Amona Fremona.  Przez prawie cały rok obwoził go po Polsce i organizował potajemnie obrzędy voodoo, od których „Związek Radziecki miał się stać mniej niezwyciężony”. Drugim wydarzeniem była wizyta papieża Jana Pawła II na Haiti, władze wyposażyły ich w biało – czerwone chorągiewki i przywiozły na lotnisko, żeby witali go jako rodaka. Papież obiecał im pomoc.

wtorek, 10 marca 2015

Festung Breslau

Dlaczego Breslau nazywają „ostatnią twierdzą Hitlera”? Ponieważ ta twierdza broniła się jeszcze  po śmierci wodza i po upadku Berlina.
Stosunkowo łatwo zrozumieć wściekłość żołnierzy Armii  Czerwonej, która zdobywając miasto poniosła duże straty. Po wejściu  na ulice ci dzicy żołdacy mścili się na budynkach. Zniszczyli i spalili sporą część zabudowy opuszczonego przez ludność miasta, która przetrwała czas oblężenia. W krótkim okresie – pomiędzy, zanim niemiecki Breslau stał się polskim Wrocławiem, sowieci spalili ogromny księgozbiór uniwersytetu. Pewnie niewielu z nich umiało czytać, wystarczył im fakt, że prawie wszystkie książki  były napisane po niemiecku, a więc w języku przez nich znienawidzonym. Możemy się teraz tylko domyślać, że były wśród tych książek prawdziwe skarby opisujące historię Śląska od średniowiecza.


Główną przyczyną zniszczenia miasta było oczywiście już ustanowienie w nim ..., a właściwie podniesienie go do rangi twierdzy. Nie wszystkie jednak twierdze były bronione fanatycznie i do końca. Chyba więc powodem nieszczęść jakich doświadczyło miasto Breslau był jeden człowiek - polityczny wódz twierdzy -, a właściwie jego fanatyzm i nieograniczona władza. To on dwa razy odwoływał komendantów wojskowych, bo mieli jego zdaniem za mało zapału do walki. To jego rozkaz sprawił, że zmarło z zimna 90 tysięcy mieszkańców miasta podczas pieszej ewakuacji. To na jego rozkaz wyburzono naukową dzielnicę Breslau, żeby zbudować lotnisko. To on zastraszył wszystkich obrońców twierdzy i żądał od nich walki o każdy budynek.
Gauleiter Karl Hanke w 1945 roku miał 42 lata, był z wykształcenia piekarzem. Jako  dostojnik partyjny niepodzielnie rządził na Dolnym Śląsku skazując na śmierć setki osób, czym zasłużył sobie na przydomek kata z Breslau. Do samego końca swojej obecności w Festung Breslau wymuszał na wermachcie walkę do ostatniej kropli krwi, nawet wtedy gdy żadna walka nie miała już sensu. Natychmiast po jego ucieczce z twierdzy komendant wojskowy podjął negocjacje kapitulacyjne.


Gdyby Napoleon miał telefon

Żyjemy w czasach internetu, telefonii komórkowej i satelitarnej. Czas, w którym informacja pokonuje odległość między nadawcą i odbiorcą jest bliski zeru i nie jest przy tym ważne, na której półkuli każdy z nich się znajduje. Telewizyjne i radiowe serwisy informacyjne docierają wszędzie w tej samej chwili. Wszystkie firmy np. amerykańskie działające w Europie, niemieckie działające w Afryce, brytyjskie w Azji .... itd. dowiadują się w jednej i tej samej chwili o wojnie, traktacie pokojowym, sankcjach nałożonych na jakiś kraj, zmianie ceny ropy, zmianie kursu dolara i różnych innych rzeczach.

Zanim jednak upowszechnił się telefon i zanim ludzie położyli kabel na dnie Atlantyku, zanim rozbudowała się łączność radiowa i wystrzelono satelity komunikacyjne, informacje wędrowały po świecie powoli. Ich prędkość zależała głównie od prędkości człowieka, jeźdźca, dyliżansu, statku. Podobno starożytni potrafili przesłać sygnał na odległość 500 kilometrów w ciągu jednej nocy paląc ognie na wzgórzach. Treść tego sygnału była jednak mocno ograniczona i musiała być wcześniej umówiona między nadawcą i odbiorcą. Poza tym taka przesyłka była mocno uzależniona od warunków atmosferycznych. No i w żaden sposób nie można było przesłać takiego sygnału przez morze.

Chcąc przesłać informację przez ocean trzeba było wysłać statek z pocztą. Zdarzało się więc, że wojna między zamorskimi koloniami np. brytyjskimi, hiszpańskimi, francuskimi, holenderskimi trwała całe miesiące po zawarciu przez te państwa pokoju w Europie zanim dotarł do nich statek przywożąc pokój. Bywało też odwrotnie gdy np. Anglia i Hiszpania rozpoczynały wojnę, a nieświadome tego kolonie jeszcze długo żyły w pokoju. Takie opóźnienia w komunikacji trwały dopóty, dopóki w drugiej połowie XIX wieku nie przeciągnięto kabli telegrafu elektrycznego między Europą i Ameryką Północną po dnie Atlantyku. Czas przepływu informacji skrócił się z tygodni do minut.

Podczas wojen napoleońskich telegrafu elektrycznego jeszcze nie było. Napoleon często korzystał jednak z rozbudowanej sieci semaforowego telegrafu optycznego. W jego czasach linie stacji przekaźnikowych tego telegrafu łączyły wiele miast we Francji i innych krajach Europy. Wiele swoich zwycięstw Napoleon Bonaparte zawdzięcza właśnie łączności telegraficznej.



 Można powiedzieć, że dysponował łącznością, która zapewniała mu przewagę strategiczną, brakowało mu jednak łączności, która pomogłaby mu w taktyce.

Czy Napoleon przegrałby bitwę pod Waterloo gdyby dysponował telefonem polowym? Ówczesne pola bitew toczonych przez kilkaset tysięcy żołnierzy obejmowały dość rozległe tereny i mając do dyspozycji tylko gońców dowodzący narażony był na to, że w długim czasie zanim goniec dotrze do celu sytuacja na polu bitwy może ulec zmianie. W takim przypadku opóźnione wykonanie dostarczonego przez niego rozkazu stawało się błędem taktycznym. Mimo tych trudności Napoleon podczas wielu wygranych bitew dowiódł, że jest geniuszem w ich dynamicznym rozgrywaniu. O ileż skuteczniej mógłby tego dowieść gdyby dysponował zwykłym, polowym telefonem.


niedziela, 8 marca 2015

Nieczęsto Polacy bili się z Brytyjczykami

Fuengirola to tak samo dźwięcznie brzmiąca, hiszpańska nazwa jak Samosierra. O bitwie pod Fuengirolą w 1810 roku mówią, że była to Samosierra polskiej piechoty. Zdecydowanie mało osób słyszało o bitwie pod Fuengirolą, ale wielu kojarzy o co chodziło w bitwie pod Samosierrą.
Teraz jest to wielki kurort śródziemnomorski Costa del Sol ale w 1810 roku w Fuengiroli stał na wzgórzu nad morzem tylko niewielki, stary zamek, a właściwie kamienny fort zbudowany kiedyś przez Maurów. To w jego obronie walczyli Polacy z 4 pułku piechoty Księstwa Warszawskiego, który wchodził w skład Wielkiej Armii Napoleona. Stoczyli jedną z niewielu bitew, w której żołnierze polscy stanęli przeciw brytyjskiej piechocie morskiej.

Nie pomogła im przewag liczebna. Właściwie nie wiadomo dokładnie ilu było żołnierzy angielskich. Różne relacje wymieniają różne liczby. Wiadomo, że w pierwszym dniu bitwy było ich nie mniej nią 1000, może 1500. Do tego byli wspomagani przez nie wymienianą nigdzie liczbę partyzantów hiszpańskich. W nocy ściągnęli z okrętów 5 dział i kilkudziesięciu artylerzystów, a w drugim dniu bitwy wylądował kolejny 1000 żołnierzy z nowo przybyłego okrętu. Polskich żołnierzy było na początku bitwy 100, stanowili załogę fortu i przyjęli na siebie pierwsze uderzenie. W nocy Polaków wzmocniło 60 żołnierzy z pobliskiego garnizonu, a dopiero w połowie drugiego dnia do bitwy włączył się kolejny polski garnizon w sile 200 żołnierzy piechoty i 40 francuskich dragonów.
Nie pomogła im również miażdżąca przewaga w sprzęcie. Podczas trwania bitwy w pobliżu fortu stało na morzu kilka okrętów wojennych, które ostrzeliwały obrońców z kilkudziesięciu dział. Ponadto Anglicy ściągnęli na brzeg duże działa burzące. Polscy żołnierze mieli tyko 4 małe i stare armatki, które nie mogły zagrozić okrętom.
Polscy żołnierze obronili wybrzeże, zmusili brytyjski desant do odwrotu, a właściwie ucieczki. Zdobyli 5 dział i dużą ilość karabinów, a wśród wziętych do niewoli znalazł się dowódca desantu, angielski lord, generał. Jego szabla znajduje się w Krakowie w Muzeum Czartoryskich.


Warownia morskich zbójów

Jomsborg -  legendarna warownia Wikingów, podobno głównie Duńczyków, usytuowana na wyspie Wolin przy ujściu Odry do Bałtyku którą zdobył i uzależnił od siebie władca Polski. Niby dalej byli niezależni ale podobno Bolesław Chrobry przy ich pomocy rządził północą i jego wysłannicy docierali nawet do Wysp Brytyjskich. Warowna przystań Jomsborga miała pomieścić nawet 300 ówczesnych statków.
Wszyscy polscy historycy są przekonani, że warownia rzeczywiście istniała. Różni polscy pisarze umieścili Jomsborg w licznych powieściach, chociaż przyznają, że istniał tylko około 200 lat. Archeolodzy znaleźli na wyspie Wolin ślady wczesnośredniowiecznej osady z X wieku, ale trudno jednoznacznie stwierdzić czy chodzi tu o legendarny Jomsborg.
Zdania historyków niepolskich są podzielone. Niektórzy twierdzą, że Polacy wysnuwają zbyt daleko idące wnioski z marnych przesłanek. Jedyne wzmianki o Jomsborgu pochodzą z kilku sag skandynawskich, które były mało konkretne. Poza tym zanim zostały spisane, długo funkcjonowały jako przekazy ustne co mogło być przyczyną przekłamań. Oprócz sag tylko jeden kronikarz z Bremy pisał w XI wieku o osadzie przy ujściu Odry.


Niezależnie jednak od tego czy Jomsborg istniał naprawdę czy jest tylko wymysłem, znalazł już sobie miejsce w polskiej świadomości. Podobnie jak Kmicic. Słowo Jomsborg znajduje się w nazwach różnych firm i stowarzyszeń, także na Facebooku.



wtorek, 3 marca 2015

Święte żywioły

Dwie powieści fantastyczne, jedna o alternatywnej historii, druga o alternatywach przyszłości ludzkości. Łączy je tylko miejsce akcji – Zachodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych, pewnie oboje autorzy pochodzą z tamtych stron. Poza tym wszystko wydaje się je dzielić. Akcja „Człowieka z Wysokiego Zamku”, Którą napisał Philip Dick na początku lat 60-siątych XX wieku toczy się w wieku XX. Akcja „Piątego świętego żywiołu” napisana przez autorkę, która używa pseudonimu Starhawk na początku lat 90-siątych XX wieku toczy się w połowie XXI wieku.

Dick opisuje historię alternatywną, czyli co by było gdyby to faszyści wygrali II wojnę światową. Ameryka podzielona jest na dwie strefy wpływów – niemiecką i japońską. Zachodnie Wybrzeże przypadło w udziale Japonii. Nie wiem skąd autor wziął pomysł, ale w tej alternatywnej rzeczywistości Japończycy - okupanci niezwykle cenią wszelkie pamiątki pochodzące z przeszłości Stanów Zjednoczonych. Nazywają te przedmioty rękodziełem artystycznym i gotowi są płacić za nie duże pieniądze. Kwitnie handel tymi przedmiotami i powstają nielegalne wytwórnie replik takich przedmiotów jak na przykład rewolwery z wojny secesyjnej. Japońscy okupanci z kolei zaszczepili Amerykanom wiarę w przeznaczenie i posługiwanie się wyrocznią przed podjęciem każdej decyzji. Bardzo popularna jest wśród okupowanych Amerykanów napisana przez tytułowego Człowieka z Wysokiego Zamku powieść o tym, że naziści przegrali wojnę.


W strefie okupowanej przez Niemców książka jest nielegalna, a jej czytanie zakazane. Dick przedstawia czytelnikowi sytuację w tej strefie tylko pośrednio. Z rozmów i wspomnień bohaterów wyłania się bardzo złowieszczy obraz powszechnych obozów pracy, eksterminacji Żydów i Murzynów. W jednym z fragmentów autor wspomina o całkowitej likwidacji ludności Afryki w wyniku nazistowskich eksperymentów.
Starhawk natomiast przedstawiła dwa skrajne systemy, do stworzenia których zmierza jej zdaniem ludzkość. Jeden system to totalna utopia. Kolorowa wizja demokracji i zgody ludzi wszystkich ras i religii, którzy żyją zgodnie z naturą i próbują oczyścić skażoną przez chciwość i przemysł Ziemię. Wierzą, że woda, powietrze, ogień i ziemia to Święte Żywioły, których nikt nie może zawłaszczyć i które każdemu należą się za darmo.


Drugi system to totalny koszmar. Wizja totalitarnie rządzonego społeczeństwa, w którym nic nie jest za darmo, w którym bogaci pływają w basenach, a tuż za ogrodzeniem ich posiadłości biedacy umierają z pragnienia. Systemu, który pozbawia biednych wszystkich praw i w którym przeprowadza się na ludziach eksperymenty, na przykład hodując żołnierzy. Treścią  powieści jest konfrontacja tych dwóch systemów.


czwartek, 12 lutego 2015

Kobieta, za którą walczyli Wikingowie

„Saga o Jarlu Broniszu” to piękna opowieść pisana ku pokrzepieniu serc podczas okupacji hitlerowskiej, ballada o czasach dawnych. W czasach średniowiecza młodymi państwami chrześcijańskimi rządzili władcy i ich rodziny. W rodzinach władców i królów bardzo istotnym, faktem było to kto jest czyim synem, bratem, siostrą.... Zdarzało się, że jedna rodzina rządziła kilkoma krajami, a interesy dynastii były sprzeczne z interesami poszczególnych państw. W tamtych dawnych czasach również funkcjonowała korupcja, dokonywano zbrodni, zdrady, wiarołomstwa, posługiwano się kłamstwem, jednak nie było to wcale zjawiskiem powszechnym. Była jakaś równowaga, jakaś druga strona medalu. Żyło wtedy wielu ludzi honorowych, którzy byli lojalni i nieprzekupni, brzydzili się zdradą i kłamstwem. O początkach polskiej państwowości w tamtych trudnych czasach opowiada „Saga o Jarlu Broniszu”, ale nie tylko ona. W czasach PRL-u ten sam temat dużo poważniej podjął Karol Bunsch, a w ostatnich latach zajęła się nim Elżbieta Cherezińska.
Bolesław Chrobry zabiegał wtedy o koronę, a nieocenioną pomoc w tych staraniach niosły mu dwie kobiety: ciotka Adelajda – królowa Węgier i siostra Świętosława – królowa Północy: najpierw Szwecji, później Danii. Ludzie nie dożywali wtedy późnej starości, więc ich dokonania podczas krótkiego życia muszą budzić podziw. Zwłaszcza ogromny podziw budzi dzielność kobiety, która wydana w młodym wieku za mąż królowi Szwecji, wcale nie zechciała być potulną kurą domową jak inne jej współczesne kobiety. Żyjąc wśród groźnych i raczej gruboskórnych Wikingów, potrafiła sobie zdobyć ich uznanie i szacunek, a nawet posłuch. Urodziła syna, który został królem Szwecji, a po śmierci męża przypieczętowała przymierze z Danią poślubiając jej króla. Jemu też urodziła dwóch synów, którzy później byli królami Danii. Być może brała udział w podboju Anglii, dokonanym przez swego syna Kanuta Wielkiego króla Danii. Wszystkich tych czynów dokonała podczas krótkiego, około 50-letniego życia.



Długo jeszcze po śmierci żyła w skandynawskich sagach i legendach. Opiewali ją jako piękną Sygrydę Storradę – ten przydomek zyskała podobno po tym jak kazała żywcem spalić jakiegoś pomniejszego władcę, który ośmielił się ubiegać o jej względy. Sagi są jednak zwodnicze i fakty mieszają się w nich z fantazją. Niektórzy historycy twierdzą, że nie wszystkie sagi o Sygrydzie dotyczą tej samej osoby. 

Historia? a kogo to dzisiaj obchodzi?

Zauważyłem, że internauci, zwłaszcza młodzi, są na ogół dość odporni na historię. Nie zrażam się tym ale i nie dziwię. Tak zwane szkoły wyższe, skomercjalizowały się i w pogoni za kasą nie widzą powodu, żeby wydatkować środki na jakiekolwiek badania historyczne. Wydawcy książek również działają wolnorynkowo, zamiast opracowań historycznych wydają raczej instrukcje obsługi programów komputerowych lub kolejne interpretacje ciągle zmieniających się przepisów. Nikt nie ma pieniędzy ani czasu na historię, zwłaszcza taką której nie da się pokazać za pomocą kilku zdjęć lub krótkiego filmiku. Nie dziwię się więc młodym ludziom, których cała rzeczywistość zdaje się odciągać nie tylko od historii ale również od prawdziwego życia. Być może gdzieś tu tkwi błąd, bo gdy w zimie spadło trochę śniegu, widziałem ile frajdy sprawiało dzieciakom zwykłe ale prawdziwe zjeżdżanie z górki na sankach. Nawet tym dzieciom, które zazwyczaj cały swój wolny czas spędzają w świecie nieprawdziwym, siedząc przed komputerem. 
Wszystko to jest przyczyną faktu, że jedyne opracowania historyczne, którymi dysponujemy, pochodzą z okresu PRL-u i same te opracowania powoli stają się historią. Taką właśnie pozycją jest „Bitwa pod Koronowem 10 X 1410”







Sama bitwa była wydarzeniem dość istotnym z dwóch powodów:
1.     Miała miejsce w 3 miesiące po bitwie pod Grunwaldem i chociaż brało w niej udział znacznie mniej osób, być może była dla losów Polski ważniejsza niż Grunwald. Powstrzymała najazd krzyżaków, który nastąpił w bardzo niedogodnym dla Jagiełły momencie, gdy całe rycerstwo walczące pod Grunwaldem rozjechało się do domów zniechęcone obleganiem Malborka. Rycerstwo było w tamtych czasach w Polsce zbierane na zasadach pospolitego ruszenia i żadna siła nie mogła ich powstrzymać przed rozejściem się, zwłaszcza po wygranej bitwie. Pod Koronowo Jagiełło wysłał tylko swoich przybocznych, którzy go nie opuścili i rycerstwo z Wielkopolski, które zdążył zebrać,
2, Bitwa pod Koronowem nazywana jest ostatnią bitwą średniowiecznej Europy Wszystkie, które nastąpiły później, a także bitwa pod Grunwaldem, która miała miejsce wcześniej, były rozstrzygane przez taktykę i zmasowane ataki poszczególnych oddziałów. Podczas bitwy pod Koronowem walczyli rycerze brandenburscy z rycerzami wielkopolskimi, robiąc sobie przerwy gdy się zmęczyli.


poniedziałek, 2 lutego 2015

Bitwa pod Grunwaldem

Zwiedzanie zamku w Malborku, a także innych zamków krzyżackich rozbudziło moją wyobraźnię, tak bardzo że aż postanowiłem trochę pogdybać, a także poczytać trochę co sądzą o krzyżakach historycy. Sam historykiem nie jestem ale może to i lepiej. Dzięki temu nie zawracam sobie głowy nudnymi datami  i tak zwanymi tekstami źródłowymi, które tylko gmatwają obraz sytuacji, bo jak wiadomo każdy kronikarz ma jakieś swoje racje, no i oczywiście sponsora.
 
 
Jak to się stało, że po wybiciu większości rycerzy zakonnych w bitwie pod Grunwaldem Polacy pozwolili na odrodzenie się państwa zakonnego? Przecież bezpośrednio po tej bitwie była najlepsza okazja, żeby to państwo całkowicie zlikwidować. Zapewne nie powstałyby wtedy Prusy, które wzięły dość aktywny udział w rozbiorach Polski. Henryk Sienkiewicz napisał w „Krzyżakach”, że pod Grunwaldem poległo 600 braci zakonnych, ale aż tylu to ich w Polsce nie było. Na terenie państwa zakonnego było niewiele więcej niż 20 komturii, a w każdej komturii teoretycznie funkcjonował jeden komtur i 12 braci zakonnych, na wzór 12 apostołów. W praktyce bywało różnie, ale można chyba przyjąć liczbę 12 za średnią. Według tego rachunku rycerzy zakonnych było w całym państwie około 300 z czego około 250 brało podobno udział w bitwie pod Grunwaldem, a 203 tam poległo, oczywiście też podobno.
Całą resztę osób walczących po stronie krzyżaków – podobno około 38 tysięcy (różne opracowania podają różne liczby) można nazwać żołnierzami zawodowymi. Byli to knechci zakonni, goście krzyżaccy, ale również najemnicy z państw niemieckich, Śląska, Czech i Moraw. Była to więc bitwa wielu narodów,  bo i po polskiej stronie oprócz Litwinów również brało udział wielu Czechów, na przykład słynny skądinąd Jan Żiżka. Mniejsza zresztą o szczegóły, faktem jest, że większość krzyżaków, w tym najważniejsze osoby w państwie oraz prawie cała siła militarna poległa na polach grunwaldzkich. Szkoda, że nie udało się Jagielle doprowadzić do całkowitej klęski Zakonu. Było blisko i chociaż polscy historycy za nie wykorzystanie zwycięstwa pod Grunwaldem obwiniają właśnie Jagiełłę i jego niezdecydowanie, wcale nie jest to takie jasne. Zarówno Sienkiewicz jak i nauczyciele historii w szkołach wyrabiają w kolejnych młodych Polakach przekonanie o słabości i ciągłych wahaniach całkiem bystrego moim zdaniem króla, a niewiele albo wcale nie wspominają o ograniczających go uzależnieniach.
Pospolite ruszenie to nie armia,  prawie nikogo z ludzi, którzy bili się pod Grunwaldem po polskiej stronie nie można nazwać żołnierzem, a już tym bardziej żołnierzem króla. W zasadzie król dowodził bezpośrednio tylko swoimi rycerzami przybocznymi i tylko na nich mógł zawsze liczyć. Zapewne długo po wygranej bitwie musiał przekonywać wszystkich możnowładców, żeby jednak maszerować pod Malbork. W trakcie tych przekomarzań prawdopodobnie odszedł zniecierpliwiony kniaź Witold wraz ze wszystkimi wojownikami litewskimi, bo nikt nie wspomina jakoś, że był pod Malborkiem. Po krótkim obleganiu twierdzy panowie rycerze, książęta, itd. postanowili rozjechać się do domów i żadna siła nie była w stanie tego postanowienia zmienić. Jagiełło pozostał na Pomorzu sam ze swymi przybocznymi i żeby odeprzeć kontruderzenie krzyżaków w bitwie pod Koronowem musiał zorganizować całkiem nową „armię”, tym razem spośród Wielkopolan.
Nie można też wykluczyć tego, że sami krzyżacy mieli swój udział w skłóceniu Polaków, żeby nie dopuścić do zdobycia Malborka. Mieli przecież dobrze rozwinięty wywiad, mieli swoich ludzi przy papieżu i przy cesarzu, czy dziwnym by było gdyby mieli ich wśród polskich możnowładców? 
Krzyżacy jako jedyny zakon rycerski dzięki dobrym stosunkom z papiestwem uzyskali taki przywilej, że mogli przyjmować do swoich szeregów ludzi wyjętych spod prawa: morderców i bandytów, byle by tylko mieli rycerskie pochodzenie. Czyniło to z nich coś w rodzaju średniowiecznej legii cudzoziemskiej, ale chyba nie przysparzało im sympatii innych zakonów.



sobota, 24 stycznia 2015

Wielki dzień małej floty

Bitwa pod Oliwą to raczej drobna potyczka o niewielkim znaczeniu dla losów wojny, jednak jej propagandowe znaczenie było ogromne. Pojawienie się na Bałtyku polskiej floty wojennej, było dla Szwedów wyraźnym znakiem, że to morze nie jest jeszcze wewnętrznym szwedzkim jeziorem. Okazało się, że niewielka flota wojenna polskiego króla, pomimo że nie miała żadnych morskich tradycji, potrafi skutecznie działać przeciwko dobrze zorganizowanej flocie szwedzkiej, posiadającej bogatą historię obecności na morzu.
Polski król miał jednak zbyt słabą pozycję, żeby wymusić na szlachcie dłuższe finansowanie tej floty. Poza tym powstała ona wbrew woli rajców gdańskich i była solą w oku wszystkich kupców hanzeatyckich, którzy uważali, że wojna szkodzi interesom. Kupcy i ich pieniądze miały duży wpływ na skrócenie żywota polskiej floty wojennej, Miała ona jednak swój wielki dzień 28 listopada 1627 roku, kiedy to w potyczce pod Oliwą zdobyła szwedzki okręt „Tigern” i zniszczyła „Solen”.

„Galeony wojny” to powieść historyczna Jacka Komudy opisująca polską flotę wojenną tego okresu i liczne jej bolączki. Ten młody człowiek pasjonuje się historią i tradycjami oręża polskiego, ponieważ jednak niewiele osób sięga po książki historyczne Komuda w każdą swoją powieść wplata wątek sensacyjno kryminalny. Akcje jego powieści toczą się przeważnie na kozaczyźnie i kresach wschodnich. Niepochlebnie wyraża się o Henryku Sienkiewiczu i braku jego znajomości historii i obyczajów szlachty polskiej. Moim zdaniem całkiem niepotrzebnie, bo przecież Sienkiewicz wcale nie był historykiem. W czasach kiedy pisał trylogię Polska przecież  nie istniała. Sienkiewicz nie miał na celu opisania wydarzeń historycznych, tylko wzbudzenie świadomości narodowej. Pokrzepienie serc jak mówią niektórzy. Moim zdaniem udało mu się znakomicie.

"Sabaton" nie zaśpiewa o bitwie pod Kircholmem

„Żadna armia nie stanie na ziemi bronionej przez Polskie Wojsko, dopóki nie przypadnie czterdziestu najeźdźców na jednego obrońcę”. Bardzo piękne i patriotyczne słowa. Wzniosłe. Można powiedzieć, że godne polskiego utworu. Sławiącego polski naród.  Tymczasem to szwedzka kapela rockowa „Sabaton” zajęła się promowaniem bohaterstwa polskich żołnierzy w kampanii wrześniowej. Dlaczego nie robią tego sami Polacy? Czyżby ze skromności ? Przecież w naszej historii wiele jest przykładów, z których możemy być dumni i wszyscy poczulibyśmy się lepiej, gdyby zostały one rozpropagowane i wypromowane, niekoniecznie przez obcych.

To zastanawiające dlaczego wielkie historyczne bitwy, w których Polacy odegrali chwalebną rolę, na przykład: bitwa pod Chocimiem, pod Mokrą lub nad Bzurą itp. nie stały się jeszcze tematem filmów lub innych publikacji propagandowych. Wpłynęłoby to na pewno na naszą świadomość narodową i pozwoliłoby poczuć dumę z tego, że jesteśmy Polakami. Funkcjonuje w naszym kraju Instytut Pamięci Narodowej ale działa on jakby w drugą stronę. Nie możemy być dumni z postaci, które on wytropi. Szkoda, że IPN działa w taki sposób. Trudno przecież wymagać od innych narodów sławienia polskiego oręża. Szwedzki zespół raczej nie wykona utworu o klęsce Szwedów i to takiej klęsce jak na przykład pod Kircholmem. Chodkiewicz z małą armią polską, pokonał 3 razy większą armię Szwedów i wybił ich. Po bitwie naliczono podobno 100 zabitych Polaków i 9.000 Szwedów, było więc 90 zabitych na 1.


Doczekało się ekranizacji wiele dzieł  literackich, prawie każdy wie kto to był Kmicic, chociaż go nigdy nie było, ale już nie tak wielu wie kto to był Chodkiewicz. Prawie w każdym polskim mieście jest ulica Chodkiewicza ale gdy zapytasz na przykład jakiegoś studenta kim on właściwie był, to nie wiem co Ci odpowie. To filmy a nie książki są dzisiaj nośnikiem wiedzy, także historycznej niestety nie wszyscy mają świadomość, że są one także elementem propagandy i nigdy nie przedstawiają całkowitej prawdy. Nawet filmy dokumentalne pokazują tylko tę część prawdy, którą chciał nam pokazać producent.


Dziwnym może się wydawać, że podczas gdy o polskim wojsku i jego działaniach powstało w Polsce mniej filmów niż o zwycięstwach wojsk radzieckich. Za sprawą „Czterech pancernych” więcej przecież wiemy o ofensywach sowietów niż o kampanii wrześniowej. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że film powstał w Polsce Ludowej i przedstawiona w nim wersja historii odpowiada tamtej władzy, której już nie ma. Może więc nadszedł już czas, żeby w końcu przedstawić polską wersję wydarzeń. Pokazać na filmie jak naprawdę wyglądało „wyzwolenie” Polski przez armię radziecką.

wtorek, 20 stycznia 2015

Wojna trwa zawsze na Kaukazie

Zawsze byłem zafascynowany reportażami Ryszarda Kapuścińskiego. Imponowało mi, że on, dziennikarz z Polski miał okazję rozmawiać z takimi ludźmi jak Idi Amin, Haile Sellasje czy Luis Armstrong. Pochłaniałem jego relacje z Ameryki Południowej i Afryki, a także te zza naszej wschodniej granicy, bo Kapuściński i tam podróżował. Ze swojej pierwszej swojej podróży do Związku Radzieckiego napisał zbiór reportaży „Kirgiz schodzi z konia”, później był tam jeszcze raz i napisał „Imperium” - reportaże o upadku ZSRR.

O ile jednak Kapuściński odbywał podróże do odłączających się republik, to inny nasz rodak Wojciech Jagielski po prostu tam przebywał, głównie na Kaukazie. Podczas gdy większość korespondentów wojennych z całego świata jeździła na Bałkany obserwować wojnę w byłej Jugosławii, on całe miesiące spędzał w Tbilisi, Erewanie, Baku, Machaczkale, Groznym, itd. Nawiązywał znajomości, rozmawiał z ludźmi, opłacał ochronę na terenach objętych konfliktem. Na terenie całego Kaukazu porywanie ludzi dla okupu stało się powszechnym i bardzo dochodowym procederem.


Jagielski opisał swoje kaukaskie spostrzeżenia w dwóch książkach „Dobre miejsce do umierania” i „Wieże  z kamienia”, które pozwalają, przynajmniej mi pozwoliły, pogłębić i uporządkować wiedzę o tym zakątku świata. Nie muszę już bezkrytycznie wierzyć w chaotyczne doniesienia mediów na temat incydentów w tym rejonie. Na Kaukazie na terytorium nie większym od Polski żyje około stu bardzo wojowniczych i kłótliwych narodów, które wyznają różne religie. Czasami nawet część jednego chrześcijańskiego narodu zmienia wyznanie i staje się muzułmanami, jak na przykład Adżarowie w Gruzji.

Dlatego wojna na Kaukazie tli się zawsze i tłumiona jest tylko przez żelazną rękę okupanta. Dopóki okupantem było imperium rosyjskie był tam względny spokój, ale gdy osłabło konflikty wybuchły z nową siłą. Nowo powstałe imperium radzieckie musiało Kaukaz od początku podbijać. Dopóki było mocne trwał pokój, a gdy zaczęło słabnąć, drżeć w posadach i rozpadać się na Kaukazie znowu zawrzało. Generałowie rosyjscy umiejętnie wykorzystują i podsycają nastroje narodowościowe, żeby jak najwięcej uzyskać dla siebie.

Dużo musieli wycierpieć Ingusze. Po zakończeniu II wojny światowej Stalin wygnał z Kaukazu całe narody, które jego zdaniem wykazały zbyt słabą wolę walki w obliczu zbliżających się wojsk hitlerowskich. Zesłał te narody, wśród nich Inguszy na pustynie Kazachstanu i na Syberię. Połowa zesłańców wyginęła, jednak minął czas Stalina i władze pozwoliły zesłanym narodom wrócić na Kaukaz. Okazało się wtedy, że podczas gdy Czeczeni na przykład zastali swoje domy zapuszczone, a pola zarośnięte, to Ingusze nie zastali ich wcale, bo podczas ich nieobecności część ich ziem znalazła się w granicach Osetii.


Sporo wycierpieli również Ormianie, jedni z pierwszych chrześcijan, którzy uważają się za bezpośrednich potomków Noego, ponieważ w okolicach Armenii osiadła po potopie biblijna Arka. Po pogromach w Turcji na początku XX wieku, w których zginęło ich około 1,5 miliona, rozeszli się po całym świecie. Jednak gdy pogromy zaczęli urządzać Azerowie spokrewnieni z Turkami, Ormianie powiedzieli – dość i chwycili za broń. Wygnali mniejszość Azerską z Górskiego Karabachu i pomimo, że oficjalnie jest on częścią Azerbwejdżanu, w rzeczywistości jest autonomiczny. Obecnie można do Górskiego Karabachu wjechać tylko od strony Armenii, bo granica z Azerbejdżanem jest zamknięta.

Samarkanda - stolica okrutnika

W tym samym czasie gdy w Polsce miłościwie panował Władysław Jagiełło, daleko na wschodzie, za Uralem budował swoje imperium Timur zwany także Tamerlanem. Budował je nie za pomocą handlu i dyplomacji ale za pomocą wojny, terroru i okrucieństwa, co wcale nie przeszkadzało podbijanym narodom (przynajmniej tym, którzy z tych narodów przeżyli) nazywać go Panem Świata. Pan Świata był wprawdzie analfabetą i kaleką    (po otrzymanych w bitwie ranach miał niesprawną jedną rękę i jedną nogę) ale duch się w nim tlił nieugięty  i wolę miał przepotężną. Podobno nieźle grał w szachy i słynął też z tego, że zawsze dotrzymywał słowa, które dawał załogom oblężonych twierdz, żeby zmusić je do kapitulacji.



Oto jeden z przykładów dotrzymywania słowa przez  Timura, który znalazłem w wikipedii: "Straszny los spotkał osmańską załogę miejscowej twierdzy złożoną z około trzech tysięcy ormiańskich sipahi w służbie tureckiej. Przed kapitulacją Timur przyrzekł im, że nie przeleje ich krwi. Gdy się poddali, zakuto ich w kajdany, wrzucono do specjalnie wykopanych rowów i zasypano ziemią, dowódców zaś utopiono w studni. Nie było więc rozlewu krwi" Zapewne w innych przypadkach wyglądało to dość podobnie. Tak więc można powiedzieć, że Timur dokonywał podbojów stosując okrucieństwo, nigdy nie miał skrupułów, żeby każąc  zabijać tysiące ludzi, a ich głowy poukładać w ogromne, odstraszające stosy. Dzięki temu później strach przed nim go wyprzedzał i walczył za niego.


 

Miał jednak Timur pewną słabość, w związku z tym, że uważał się za Pana Świata, pragnął żeby stolica jego imperium Samarkanda, była najświatlejszym, najwspanialszym i najpiękniejszym na świecie miastem, słynącym z pięknych pałaców, rzeźb, malowideł, sztuki i poezji, pomimo że on sam był przecież analfabetą. Stało się więc tak, że został Timur swoistym mecenasem sztuki. Zawsze zanim wyrżnął ludność jakiejś miejscowości, najpierw jego sprawnie działający wywiad powybierał wszystkich artystów i rzemieślników, żeby wysłać ich do Samarkandy.  To miasto, o którym piszą, że jest jedną z najstarszych zaludnionych miejscowości na świecie,  przeżywało w czasach Timura swój rozkwit i rozwijało się już nie tylko dlatego, że leżało na jedwabnym szlaku. Na początku XVI wieku wnuk Timura był inicjatorem zbudowania w Samarkandzie obserwatorium astronomicznego, najnowocześniejszego na świecie. Jego szczątki (obserwatorium) przetrwały do dziś.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Elektroniczne dusze

Niesamowity gość. Przez całe swoje życie był biedakiem i ćpunem. Współcześni mu Amerykanie lekceważyli go i pokpiwali sobie z tego co pisał. Jednak współcześni mu pisarze, którzy za jego życia uznawani byli za wielkich i odbierali prestiżowe nagrody powoli są zapominani, a o nim jest ciągle głośno. Philip K. Dick napisał kilkadziesiąt powieści, jedna z nich „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” została zaadaptowana przez filmowców i powstał słynny „Łowca androidów”. Film chociaż wypaczył zasadnicze przesłanie autora książki został jednak przez samego Dicka zaaprobowany. Być może ze względu na honorarium.

W powieści Dick stworzył sztucznych ludzi – androidy, tylko po to żeby dociec czym jest człowieczeństwo. Według wyrażonego przez niego poglądu człowiek wyróżnia się spośród innych stworzeń dzięki empatii  - zdolności współczucia. Powieściowe androidy, chociaż inteligentniejsze od ludzi i pod wieloma względami od ludzi doskonalsze, zdolności współczucia nie posiadają. Dlatego główny bohater – łowca zbiegłych androidów, żeby się upewnić czy ma do czynienia z robotem czy z człowiekiem przeprowadza test na współczucie.




Zasadniczym zadaniem łowcy androidów jest zidentyfikowanie i zniszczenie każdego androida. Zniszczenie. Początkowo Dickowski łowca nie myśli o niszczeniu sztucznego człowieka jako o zabijaniu. O tym właśnie jest ta książka. Stopniowo łowca poznaje androidy i ich naturę, budzi się w nim empatia, zrozumienie i współczucie. Wreszcie ludzka natura bierze w nim górę, zdaje sobie sprawę, że niszczenie androidów niczym nie różni się od 
zabijania ludzi. Nie jest w stanie dalej zabijać, mimo silnej motywacji finansowej. W filmie zrobionym według kanonu hollywoodzkiego łowca do końca pozostaje beznamiętnym zabójcą, a empatia budzi się w androidzie.




Z Dickiem związana jest też historia, która ma polski akcent. Stanisław Lem wcześniej niż inni dostrzegł w nim wizjonera, nakłonił Wydawnictwo Literackie do wydania jego powieści „Ubik”. Gdy Dick dowiedział się o olbrzymim nakładzie książki sądził, że otrzyma wysokie honorarium. Jednak gdy wytłumaczono mu, że musiałby przyjechać do Krakowa, żeby otrzymać niewymienialne złotówki poczuł się oszukany i stwierdził, że ta cała sprawa to spisek KGB i napisał długi donos  do FBI.


Joanici w Forcie Anioła

Czy byłeś może na Malcie? Ja jeszcze nie byłem, mam jednak kilku znajomych, którzy tam byli. Zwiedzali głównie Valettę, bo prawdę mówiąc poza tym miastem nie ma tam za bardzo czego zwiedzać. Wszyscy jednak, którzy je widzieli są zachwyceni jego stylem i klimatem, zabytkami, fortyfikacjami i stromymi uliczkami. Nie za duże jednak ci zwiedzający mają pojęcie skąd Valetta ma nazwę i jaka jest jej historia. Przyznaję, że też miałem o tym dość mgliste pojęcie, niby coś tam czytałem o joanitach na Malcie, ale nie do końca. Postanowiłem więc sprawę zgłębić, może tam się kiedyś wybiorę, z przecież zupełnie inaczej ogląda się miejsce, którego historię znamy. Łatwiej wtedy wczuwamy się w atmosferę, a nasze odczucia i wrażenia są podczas takiego zwiedzania o całe niebo bogatsze, mocniejsze, tym bardziej gdy  historia jest tak fascynująca jak ta, która wiąże się z powstaniem Valetty.



Człowiekiem, od którego nazwiska miasto wzięło nazwę był Jean de Valette wielki mistrz zakonu joanitów. Nazywają go także ostatnim wielkim krzyżowcem lub Żelaznym Starcem. W chwili inwazji Turków, przed którymi obronił Maltę w 1565 roku miał już 71 lat, a jeszcze wywijał w potrzebie mieczem. Zanim jednak de Valette zabrał się do fortyfikowania i umacniania Malty, rozbudowy Fort Anioła i budowy Fortu Świętego Elma, musiał najpierw skonsolidować Zakon i przywrócić joanitom wiarę we własne możliwości. Zwłaszcza, że byli oni zdemoralizowani pasmem militarnych porażek. Turcy wyparli ich kolejno z Cypru, Rodos i Trypolisu, a Joanici podzielili się na grupy narodowościowe, które wzajemnie się obwiniały o poniesione klęski. Zwłaszcza Hiszpanie i Francuzi.
Czas na niesnaski narodowościowe nie był jednak dobry. Mówi się, że Malta była ostatnim bastionem joanitów. Wielki mistrz Jean de Valette  potrafił to członkom zakonu wyperswadować i nagiąć wolę wszystkich frakcji tak, jak zgina się palce tworząc pięść. Właśnie o tą skonsolidowaną pięść rozbiła się turecka inwazja na Maltę. Około 40 tysięcy Turków, którzy przez 4 miesiące próbowali zdobyć pozycje joanitów i nie dali rady. Wreszcie odeszli, przypieczętowując największe zwycięstwo Zakonu w historii. W miejscu obrony powstało miasto nazwane Valettą, a każda rocznica dnia, w którym odeszli upokorzeni Turcy jest do dziś maltańskim świętem narodowym.




niedziela, 18 stycznia 2015

Biali i czarni, osobno i razem

Polski reporter Wojciech Jagielski  po kilku pobytach w Afryce Południowej pokusił się o opisanie dziejów apartheidu i jego zniesienia. Opisał wszystko pokazując zmiany w życiu i świadomości mieszkańców rolniczego miasteczka Ventersdorp położonego na transwaldzkim stepie zachodzące na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Z pewnością nieprzypadkowo wybrał miasteczko Ventersdorp, ponieważ właśnie z niego pochodził i w nim mieszkał Eugène Terre'Blanche, który został zamordowany przez swoich czarnoskórych pracowników w kwietniu 2012 roku. Eugène Terre'Blanche był przywódcą organizacji działającej na rzecz nie dopuszczenia do upadku polityki apartheidu, a później wspierającej białych przeciw czarnym. Przede wszystkim jednak był Burem, a historia Burów związana jest dość ściśle z powstaniem Republiki Południowej Afryki.



Dwie wojny

Burowie to rolnicy pochodzenia głównie niderlandzkiego, francuskiego, niemieckiego i brytyjskiego ale są wśród nich również rody pochodzenia polskiego. Osiedlali się w Kraju Przylądkowym na południowym wybrzeżu Afryki od XVII wieku. Wyparli ich stamtąd w XIX  wieku masowo napływający osadnicy angielscy. Burowie ruszyli w głąb lądu na północ, podobnie jak osadnicy amerykańscy na Dziki  Zachód i walcząc z plemionami murzyńskimi utworzyli swoje niepodległe burskie republiki. Anglicy próbowali ich podbić i podporządkować, pierwszą jednak wojnę z Burami przegrali. Kilkanaście lat po tej wojnie na terenie burskich republik zostało odkryte złoto i diamenty, co zdeterminowało Anglię do ostatecznego podboju. Humanitarni Anglicy przeprowadzili więc wojnę totalną niszcząc  miasta i zamykając ludność burską w obozach koncentracyjnych, w 1900 roku.



Apartheid, czyli osobno.

Po przegranej wojnie Burowie pozostali właścicielami swojej ziemi, chociaż już nie jako obywatele własnych republik ale jako poddani Anglii. Nadal więc to oni rządzili tym dominium brytyjskim, a później proklamowaną przez siebie republiką. Od początku stosowali politykę segregacji rasowej opartą na różnicy koloru skóry. Tylko biali uważali się za obywateli i mieli prawa wyborcze. Biali mieli osobne miasteczka i dzielnice, w których czarnym wolno było przebywać tylko w ciągu dnia. Czarni mieszkali osobno w czymś w rodzaju slumsów, nie wolno im było otwierać sklepów, głównie po to, żeby zapewnić obrót w sklepach białych. Do sklepu z mięsem na przykład nie wolno im było wchodzić, to sprzedawca wynosił im ze sklepu mięso, które jego zdaniem nadawało się dla czarnych. Czarni musieli chodzić do specjalnie dla nich przeznaczonych szkół, w których uczono ich tylko tego co zdaniem białych było murzynom potrzebne. Można powiedzieć, że czarni byli traktowani jako bydło robocze, potrzebne ale bez żadnych praw.

Taki absurdalny podział społeczeństwa powodował, że rządzący w RPA zostali napiętnowani przez światową opinię publiczną, zarówno poszczególne rządy jak i międzynarodowe organizacje obrony praw człowieka wywierały na nich naciski. Rosła też świadomość czarnoskórej części społeczeństwa, zwłaszcza w wielkich miastach nasilały się protesty i rozruchy. Poza tym ten absurdalny podział społeczeństwa był coraz bardziej kosztowny, w wielu przypadkach rządzenie takim państwem wymagało zwiększenia liczby urzędników, służb porządkowych i policji, a i tak w wielkich miastach coraz trudniej było kontynuować politykę apartheidu. Rząd RPA wydzielił teoretycznie niepodległe bantustany, rodzaj rezerwatów dla czarnoskórej ludności i finansował działalność niby rządów tych niby państw. Rząd, żeby zapewnić sobie przychylność około 3 milionowej rzeszy burskich farmerów subwencjonował rolnictwo, między innymi przez ustanawianie gwarantowanych cen skupu zbóż. Zastrzegł tylko dla białych wykonywanie niektórych zawodów, żeby zapobiec powstawaniu białej biedoty. Takie prace jak na przykład maszynista na kolei, czy monter telefonów czarni wykonywali prawie za darmo, a biali automatycznie dostawali za ich wykonywanie 5 –6 razy większe pensje. Ciągle zwiększały się wydatki na utrzymanie systemu segregacji rasowej. Biali z wielkich miast dążyli do jego zniesienia, dostrzegali jego idiotyzm, gdy na przykład biały chciał sobie usiąść w parku nie wystarczało znalezienie jakiejś ławki, musiała to być ławka dla białych. Zdarzały się też pomyłki, w kraju w którym całe życie zależało od wpisania przy nazwisku słowa – biały lub czarny – wpisanie omyłkowo przy urodzeniu słowa „czarny” do rejestru wiązało się z kłopotami.


Czarni i biali – razem.

Pomimo nienawiści czarnoskórej części ludności RPA do białych przejście z apartheidu do pełnej demokracji odbyło się bezkrwawo, bez żadnego rozliczania. Stało się tak głównie dzięki białemu prezydentowi F. W. de Klerkowi i przywódcy opozycji czarnoskórych Nelsonowi Mandeli, obydwaj otrzymali pokojową nagrodę Nobla. Nelsona Mandelę można porównywać z Lechem Wałęsą. Murzyni uzyskali wprawdzie prawa wyborcze i poza tym niewiele więcej. Z wyjątkiem tych, którzy dorwali się do rządu i samorządów pozostali biedni. Białym farmerom natomiast znacznie się pogorszyło, rząd czarnych przestał subwencjonować rolnictwo. Zniósł cła i taniej było sprowadzać żywność zza granicy niż uprawiać ziemię. Okazało się również, że kilka pokoleń specyficznej edukacji w południowo – afrykańskich szkołach skutecznie oduczyło czarnych od odpowiedzialności za cokolwiek. Przez całe życie nie posiadali niczego i byli nauczeni, a właściwie wytresowani, żeby tylko wykonywać polecenia.



Przekleństwo Piastów

Trudno byłoby zaprzeczyć, że Mieszko I zapoczątkował tworzenie polskiej państwowości. Jako pierwszy z polańskich władców zrozumiał, że w czasach w których żył bez przyjęcia chrześcijaństwa nie jest możliwe scalenie w jedno słowiańskich plemion i zapanowanie nad nimi. Sprawienie by poczuli się jednym narodem. Prawie całe życie poświęcił walce ze słowiańskimi bogami oraz ich kapłanami i żercami. Wspomagał chrześcijańskie duchowieństwo i umacniał je swoją siłą i powagą. Manewrował między papieżem i cesarzem, musiał nawet oddać cesarzowi syna jako zakładnika. Robił wszystko, żeby państwo polskie było jedną całością. Przygotowywał swego syna Bolesława do rządów i objęcia władzy nad całym niepodzielonym krajem. Jednak pod koniec swego życia postąpił jakby wbrew sobie i podzielił państwo i dał jego część swojej drugiej żonie i jej synom. Zapoczątkował tym samym coś co stało się przekleństwem pierwszych Piastów i wywołał wojnę domową między przyrodnimi braćmi. 


Bolesław Chrobry w końcu tę wojnę wygrał, chociaż z początku niewielu na niego stawiało, jego macochę i braci wspierali Czesi i część grafów niemieckich. Wygrał, ale kraj został spustoszony, wielu ludzi zginęło z powodu Ody i jej synów. Bolesław jednak scalił nasze państwo, nawet je rozszerzył,  przeniósł wojny poza granice. Ćwierć wieku dobrobytu i umocnienie chrześcijaństwa bardzo zjednoczyło ludność kraju, Polanie, Wiślanie i Mazowszanie poczuli się jednym narodem. Miał jednak Chrobry syna pierworodnego Bezpryma, którego wygnał i umieścił w klasztorze, przymusowo. Z dwóch młodszych synów, których miał z ukochaną żoną Emnildą, starszego - Mieszka wyznaczył na swojego następcę. Kształcił go i przyuczał do objęcia dziedzictwa, a młodszego – Ottona całkowicie odsunął od spraw państwowych. Bolesław Chrobry był na tyle silny militarnie i na tyle zręczny politycznie, że samo jego imię powstrzymywało sąsiadów przed wrogimi działaniami. Na wieść o jego śmierci wszystko się zmieniło.  
Mieszko II zwany też, chyba niesprawiedliwie Gnuśnym był jednym z najlepiej wykształconych władców Polski. Całe jego wykształcenie jednak na nic mu się nie przydało. Gdy rozeszła się wieść , że zmarł Chrobry jego podstarzały już syn  Bezprym uciekł z klasztoru i próbował uzyskać tron polski przy pomocy króla węgierskiego, a gdy to nie wyszło przy pomocy Rusinów. Jednocześnie lekceważony młodszy brat Otton uzyskał wstawiennictwo cesarza niemieckiego w sprawie przydzielenia mu części Polski. Mieszko został uwięziony przez Czechów,  tymczasem kraj pustoszyli Rusini, a Bezprym mordował jego stronników. Gdy zginął Bezprym Mieszka wypuszczono z więzienia, musiał złożyć hołd cesarzowi i zgodzić się na podział kraju. Zrzekł się tytułu króla i został księciem jednej z trzech części Polski, któyą podzielił cesarz. Po niedługim czasie scalił cały kraj pod swoim panowaniem, przekleństwo jednak działało dalej. Mieszko II miał dwóch synów. Pierworodny i nieślubny miał na imię prawdopodobnie Bolesław, niewiele o nim wiadomo. Jednak to jego wyznaczył Mieszko na swego następcę, bo wydał mu się silny i zaradny ale go do objęcia tronu nie przygotował. Młodszy syn Kazimierz, pochodzący z małżeństwa Mieszka z niemiecką księżniczką, której nie cierpiał, wydał mu się chorowity i słaby. Nie brał go więc pod uwagę jako swego dziedzica i przeznaczył do stanu duchownego. W rezultacie po śmierci Mieszka nie było żadnego przygotowanego następcy, poza tym autorytet władzy książęcej został mocno nadszarpnięty przez walkę między braćmi. Gdy zabrakło Mieszka nikt nie wspierał kościoła, możni walczyli między sobą, odłączyło się od Polski Mazowsze. Wielkopolskę najechał, złupił i spustoszył czeski Brzetysław, a na odchodnym przyłączył do Czech Śląsk i Małopolskę. W zniszczonej Wielkopolsce wybuchło powstanie ludowe i nawrót do starych wierzeń, niszczenie kościołów i zabijanie księży.